|
Archiwum
Zakładki:
Blogi
Etnografia
Informacje
Możesz pomóc?
Poczta: dogin[at]gazeta.pl
|
niedziela, 18 października 2009
Gdy zdjęcia były listami
![]() Obróbka wywołanych z mikrofilmów zdjęć. Na rolkach widać klatki-listy (fot z Airgraph) "Drogi Generale Auchinleck. W tym pierwszym liście przesłanym na Środkowy Wschód za pośrednictwem nowej usługi Airgraph chciałabym w imieniu wszystkich kobiet tu w domu powiedzieć, jak często nasze myśli zwracają się ku tym, którzy pozostają pod pana dowództwem" - napisała w sierpniu 1941 roku królowa brytyjska Elżbieta. Jej list formalnie zapoczątkowywał osobliwy system przesyłania wojennych przesyłek z Anglii (w drugą stronę - z Kairu - działał już od paru miesięcy). Opisał go William M. Senkus na stronie Airgraph (będącej częścią większego serwisu o pocztowych ciekawostkach, Alphabetilately). Airgraph miał zaradzić problemom z przesyłaniem poczty, związanym z opanowaniem przez Niemców i ich sojuszników szlaków prowadzących z Bliskiego Wschodu na Wyspy. W samolotach miejsca na wory przesyłek było mało, a jedyna możliwa droga morska prowadziła - jak przed wiekami - wokół Afryki (a taka podróż mogła trwać wiele miesięcy). I tak powstał pomysł, by listy (spisane na specjalnych, jednostronnych formularzach) fotografować na mikrofilmach, następnie wysyłać klisze do Londynu lub Kairu, tam je wywoływać, pakować do kopert i dostarczać takie sfotografowane listy do adresatów. W przypadku listów wysyłanych z Anglii an front pracownicy poczty sortowali je według typów sił zbrojnych (marynarka, lotnictwo, siły lądowe). Po drodze jeszcze sprawdzali je cenzorzy, wgląd miały też inne służby. Cały ten proces trwał około 3 tygodni. O ile na początku wojny głównym punktem Airgraph był Kair, pod koniec takich punktów było już wiele - powstały m.in. w Kalkucie, Neapolu, Johannesburgu, Nairobi, Melbourne. Prócz oficjalnych formularzy rozdawanych przez pocztę zdarzały się też takie, które nadawcy wykonywali własnoręcznie - ozdabiając je rysunkami (np. świątecznymi). Mogli to robić, o ile zachowywali układ i rozmiar oficjalnego druku. Przykłady można znaleźć na stronie airgraph.com (oto np: afrykańskie życzenia na Boże Narodzenie - z wielbłądem, lub marynarskie z Morza Śródziemnego i frontu włoskiego). Taki ciekawy wojenny epizod pocztowy.
niedziela, 11 października 2009
Hetyci z piachu wydobyci
![]() Brama Lwów w Hattusas. Lwy mają ponad 3 tysiące lat - jak na swój wiek trzymają się całkiem nieźle (fot z Hattusa) Nawet potężne królestwa popadały w całkowite zapomnienie, a ich opuszczone miasta na całe tysiąclecia chowały się pod zwałami ziemi. I gdyby komuś nie przyszło do głowy rozkopać jakiś intrygujący pagórek lub poskrobać w sterczący kamień, dalej robiłyby za "element pejzażu". Taki los spotkał Hetytów. To lud, który osiadł w Anatolii - a dokładniej przywędrował tu, przejął nazwę od tubylców, po czym zbudował imperium konkurujące z Asyrią i Egiptem (z armią faraona Ramzesa II starł się w słynnej bitwie pod Kadesz w ok. 1285 r. pne. Słynnej także dlatego, że obie strony ogłosiły po niej swoje zwycięstwo. Nie ma to jak dobra polityczna propaganda). Ich język - Nesili - to najstarszy znany język indoeuropejski. Ale po wiekach świetności imperium upadło i - dobite przez tzw. Ludy Morza - od ok. 708 r. pne pogrążyło się w niebycie (choć Hetyci przetrwali na kartach Biblii. Taki przywilej ludów, którzy zetknęli się ze starożytnymi Izraelitami). Dopiero w XIX wieku zaczęto wydobywać ich z niepamięci - także dosłownie, odgrzebując koło tureckiego Boğazköy ruiny hetyckiej stolicy - Hattusas (oto jej widok z Google Maps - radzę przybliżyć, robi wrażenie). O tym odkryciu sporo jest w niemieckim serwisie archeologicznym Hattusa. Można tu sobie pooglądać odkopane fragmenty miasta, a także zrekonstruowane zgodnie z ówczesną techniką mury z bramami. Jest też historia stolicy i dział o Yazılıkaya (co się tłumaczy jako Zapisana Skała) - skalnym sanktuarium z wyżłobionymi wizerunkami bóstw. Więcej zdjęć z odkopanej stolicy można znaleźć u Dicka Ossemana (Brama Lwów, Sfinks, budowle sakralne itd); osobno jest galeria z Yazılıkaya). W Hattusas odkryto też inny skarb - archiwum tekstów zapisanych na glinianych tabliczkach. Kiedy je odkopano na początku XX wieku, nikt nie potrafił ich odczytać i nie wiedział, co kryją. Pismo to rozgryzł dopiero czeski uczony Bedřich Hrozny. Wtedy hetyckie tabliczki "przemówiły": okazało się, że zawierają spisane traktaty, kroniki historyczne (Hetyci bardzo dbali o utrwalanie ważnych wydarzeń), inwentarze, umowy. I inne ciekawe rzeczy - np. rozprawę o hodowli koni. Wyczytałam gdzieś, że spisywali je także na wydawałoby się cenniejszych i trwalszych tabliczkach metalowych, srebrnych - ale to te gliniane przetrwały do naszych czasów. A mówią, że glina taka nietrwała. A ona trwalsza niż niejedno imperium...
sobota, 19 września 2009
Kto pamięta tamte czasy?
Bar Smok w Krakowie - zdjęcie z serwisu Tamteczasy.pl Tamte, czyli dawne. Ale i takie, które jeszcze dobrze pamiętamy. Właśnie one przywoływane są w niedawno powstałym serwisie Tamteczasy.pl. Był na przykład w Krakowie Bar Smok (na tym zdjęciu już w fazie schyłkowej, taki "Smok późny"), z charakterystycznym szyldem. Stał tuż obok dworca PKP. Kojarzy mi się właściwie jako obiekt widziany z zewnątrz (w środku byłam tylko raz, po całonocnej podróży z praktyki terenowej na Kujawach, w pociągu z "miejscami siedzącymi" na podłodze w korytarzu). Tego Smoka już nie ma - został zburzony, by zrobić miejsce dla kawałka tzw. "nowego miasta". Ale że z owego śmiałego projektu nic nie wyszło, na włościach Smoka oraz w jego okolicy powstał hotel i wielka, pudełkowata Galeria Krakowska, do której brzuszyska trafiają zdezorientowani podróżni, usiłujący się wydostać z dworcowych tuneli. Galeria (niech Was nie zmyli nazwa - to obiekt handlowy, nie artystyczny) w pewnym sensie kontynuuje więc krakowskie tradycje - zastąpiła smoka i pożera, aktualnie turystów i klientów. To taki jeden przykład nieistniejącego, a przypomnianego w serwisie Tamteczasy.pl miejsca. Porozglądajcie się, może też w nim coś znajomego odkryjecie.
czwartek, 10 września 2009
Sprostowanie do historii
Taki czas nastał, że się różne fakty z przeszłości prostuje, gmatwa, interpretuje i reinterpretuje. I skoro już tak się dzieje, to ja też postanowiłam coś sprostować. Konkretnie - to, co znalazłam w opisywanych trzy notki niżej zasobach Bundesarchiwum. Dwie fotografie spośród znajdujących się tam niemieckich zdjęć z Powstania Warszawskiego, z wychodzącymi z miasta po kapitulacji powstańcami, zostały włączone do podkategorii "Freiwillige anderer Nationalitäten in der Wehrmacht". Innymi słowy, wrzucono ich do jednego worka z ochotniczymi formacjami innych narodowości w Wehrmachcie. Powód? Widoczne na zdjęciu niemiecka broń i niemiecki pas. Rozumując w ten sposób i analizując jedynie pochodzenie broni i umundurowania, należałoby do tej kategorii zaliczyć większość powstańców. Niemiecki hełm, mundur czy karabin (że już o takim transporterze opancerzonym nie wspomnę) widnieją na wielu archiwalnych zdjęciach z walczącej Warszawy. Tyle że po "naszej" stronie barykady występowały w komplecie z biało-czerwonymi emblematami (zresztą widocznymi i na tych dwóch fotografiach). Tą subtelną różnicę między mundurem z opaską i bez, jak też inne podobne szczegóły, opisałam w liście do Bundesarchiwum. Podrzuciłam im też trochę linków do polskich zdjęć, aby łatwiej tą powstańczą specyfikę zobrazować. Odpisali. Obiecali poprawić. I poprawili, zmieniając kategorię na "jeńców wojennych". Różnica zasadnicza. To taki mój mały wkład w prostowanie historii i dokształcanie archiwistów.
czwartek, 27 sierpnia 2009
Wojenne gazety
Biblioteka Narodowa przygotowała ciekawą internetową wystawę z okazji 70 rocznicy wybuchu wojny: Wrzesień 1939. Zawiera ona cyfrowe kopie polskich gazet i druków ulotnych, pochodzących z sierpnia, września i października 1939 roku. Zaginione osoby i zagubione klasery, ratlerki i usłużny handlowiec-aryjczyk. Dziwnie brzmią te drobne ogłoszenia z wielkiej wojny.
sobota, 22 sierpnia 2009
Pocztówka z trupem
![]() Derrick Medical History Center zajmuje się historią medycyny, ma w swoich zbiorach sporo rzadkich książek, eksponatów, zdjęć. Wśród tych ostatnich są archiwalne fotografie z sekcji zwłok. Część ich trafiła do książki "Dissection. Photographs of a Rite of Passage in American Medicine 1880 - 1930" (autorami są John Harley Warner i James M. Edmonson). A część z tej części - na internetową wystawę. To szokujące zdjęcia. Nie tyle z powodu obecności trupów i szkieletów, co okoliczności, w jakich zostały tu uwiecznione. Prócz zdjęć, na których przyszli lekarze pozują przy stole sekcyjnym podczas zajęć są np. fotografie zbiorowe, na których z trupem fotografują się całe roczniki studentów i wykładowcy. Są także fotografie, wysyłane jako kartki świąteczne. Z leżącym bezwładnie martwym ciałem i pochylonym nad nim studentem ("I'm awful busy" - głosi napis obok, na kartce świąteczniej z 1920 roku) albo i zaaranżowanymi scenkami, na których student i trup zamieniali się miejscami. Zdjęcia pochodzą z przełomu wieków i z pierwszych dekad XX stulecia - właśnie wtedy moda na wykonywanie takich nietypowych wizerunków przetoczyła się przez medyczne szkoły amerykańskie (w czym dopomógł rozwój techniki fotograficznej i pojawienie się amatorskich aparatów). Potem zanikła, zostawiając takie relikty. A skąd ten etnograficzny, uniwersalny "obrzęd przejścia" (Rite of Passage) w tytule książki? A stąd: "Medical students were understandably proud of having dissected a human cadaver. It comprised the most important initiation into a life in medicine, and took on the character of a ritual" (...) Through dissection they had been inducted into the medical profession, even if much study remained before them". Sekcja jako rytuał inicjacyjny, wprowadzający do elitarnego grona medyków. Rytuał, podczas którego zyskuje się wiedzę, ale który wymaga zmierzenia się z własnymi odczuciami (i kulturowymi postawami) wobec ciała i śmierci. "Dissecting a cadaver also compelled students to come to terms with their own apprehensions and anxieties about death, and the bodies of the dead. The resolution of these issues gave medical students a sense of mastery and power". Zobaczyć fizyczną stronę śmierci, by potem lepiej leczyć i ratować życie. Taki medyczny paradoks.
niedziela, 02 sierpnia 2009
Niemcy patrzą na Warszawę
![]() Niemieccy żołnierze przygotowują Goliata Jak wyglądało Powstanie Warszawskie od niemieckiej strony? Zbiór takich fotografii można obejrzeć na Wikimediach. Sceneria jak na powstańczych zdjęciach - warszawskie ulice i barykady. Na ich tle żołnierze w panterkach, relaksujący się po ciężkiej robocie na papierosie, przygotowujący nafaszerowanego materiałami wybuchowymi zdalnie sterowanego Goliata (na które powstańcze stanowisko go zaraz potem posłali?), podpalający miotaczami to co jeszcze nie runęło; SS-mani wsród ruin, ich sprzymierzeńcy Kozacy. I to, co równało z ziemią Warszawę: wielkie działa oraz "krowy" z poswieceniem załadowywane przez obsługę. Między tymi zdjęciami - scena wyjścia z kanału - już na terenie zajętym przez Niemców. Fortografie udostępniane przez Wikimedia tak naprawdę pochodzą z niemieckiego archiwum państwowego - Bundesarchiv. To pokaźny zbiór, dotyczący różnych okresów - wojny (sporo materiałów z różnych frontów) i pokoju. Stamtąd jeszcze jedno powstańcze zdjęcie - oryginalnie zatytułowane Warschau - das Ende einer Rebellion. To polscy negocjatorzy warunków kapitulacji i wyprowadzenia ludności cywilnej. I jeszcze filmowa Kronika niemiecka - która powstanie opisuje z tej samej perspektywy, pokazując jak celnie żołnierz niemiecki strzela, jak dzielnie walczy SS i jak obficie dymi bomardowana Warszawa.
niedziela, 19 lipca 2009
Obcy w twojej łazience
Korytarz w komunalnym mieszkaniu w St. Petersburgu. Fot. Ilya Utekhin, rok 2007 Pokój dla rodziny, a reszta - ubikacja, kuchnia, przedpokój - dzielone z innymi lokatorami. Przestrzeń prywatna i publiczna (czy półpubliczna) w jednym. Taki model kolektywnego mieszkania preferowano przez dziesięciolecia w Związku Radzieckim (i nie tylko - u nas też był, ale nie na taką skalę). Ciekawie o nim opowiada Kommunalnaja kwartira (w wersji światowej: Communal Living in Russia) - serwis będący zapisem etnograficznych badań prowadzonych przez Ilię Utekhina w Petersburgu, zawierający szczegółowy opis życia w takiej przymusowej komunie, z nagraniami audio i wideo, niezłą kolekcją zdjęć i dokumentów. Opisuje np. kolejne pomieszczenia - kuchnie, w których koncentrowało się komunalne życie (i w której każda rodzina miała swój kawałek stołu, linki na pranie, szafki na gary itp); lazienki, zagracone przedpokoje (bo każda rodzina musiała przecież gdzieś trzymać rower, wózek czy inne rzeczy). Prócz oficjalnych zasad użytkowania lokalu (bo radziecka władza niczego samopas nie puszczała) przytacza też reguły ustalane przez samych współlokatorów. W dziale Dokumenty) jest trochę współczesnych przykładów: to odręcznie pisane listy, wieszane we wspólnych pomieszczeniach (na potrzeby serwisu sfotografowane i przetłumaczone na angielski). Zawierają prośby i apele - np. o to, by "nie zamieniać całego mieszkania w lodownię" otwierając okna we wspólnej kuchni; by poprawnie odkładać słuchawkę telefonu po skończeniu rozmowy albo też, by nie wieszać bielizny we wspólnej łazience ("bo to nie jakaś pracownicza noclegownia, ale mieszkanie w centrum Petersburga" - napomina najwyraźniej zdegustowany widokiem cudzych majtek na sznurku współmieszkaniec). W tym samym dziale z dokumentami jest np. list do Leonida Breżniewa. Dla tych, którzy nie pamiętają: to taki pan z krzaczastymi brwiami, z piersią pokrytą gęsto orderami (żartowano, że tylko nielicznych mu brakowało - np. Matki-Bohatera); na czele KPZR do 1982 roku. Autor listu sugeruje towarzyszowi krzaczastemu, aby zrobił porządek z podmiejskimi daczami. Ich właściciele żyją bowiem w luksusach (mają 20-35 metrów kwadratowych na osobę, podczas gdy norma wynosi 5-9 metrów!), a w mieście wciąż zajmują komunalne mieszkanie. Poza tym, "wszyscy wiedzą, że uczciwą pracą pałacu się nie zbuduje", więc należy właścicieli dacz skontrolować, i na lewo zbudowane dacze znacjonalizować. Co na to towarzysz Brzeżniew - nie wiadomo. W serwisie nie pomijają i takich szczegółów, jak np. wszechobecne odbiorniki radiowe (znane i u nas "kołchoźniki", tłoczące do uszu mieszkańców oficjalne wiadomości) czy nagie żarówki. Nagie, bo walka z burżuazyjnymi nawykami przejawiała się początkowo także w odrzucaniu wszystkich zbędnych ozdóbek i osłon - w tym przypadku kloszy. I na dodatek oddzielne - by łatwiej się było rozliczać na rachunku za prąd. Część tych mieszkań współcześnie uległa przeróbkom, część nadal istnieje w dawnym kształcie: wspólna kuchnia, przedpokój, łazienka... Mieszkańcom nie zazdroszczę.
czwartek, 25 czerwca 2009
Zebry, po których chodzimy
Brytyjska ulotka o przejściu dla pieszych typu panda (Pedestrian Crossings)
niedziela, 31 maja 2009
Napiętnowani przez Google'a
Mapa Tokio z XVII w (David Rumsey Historical Map Collection) Wśród wielu niedawnych doniesień o Google'u zaciekawiło mnie szczególnie jedno, dotyczące Japonii. Poszło o stare mapy, udostępniane w Google Earth, dające się "nałożyć" na obecne kształty Tokio, Kioto czy Osaki. Bo oprócz tego, że widać wtedy jasno, jak miasta się rozbudowały, to równie jasno zobrazowane są także miejsca zamieszkane kiedyś przez "burakumin" - japońskich "niedotykalnych" (sprawę opisał np. The Times). Kim byli ci burakumin? To ludzie, parający się niegdyś "nieczystymi" zawodami, związanymi ze śmiercią (np. grabarz, rzeźnik, kat). W II-III wieku oznaczano ich tatuażami, będącymi w Japonii symbolem kary. Nie wolno im było nadawać imion ani nazwisk - oznaczano ich tak, jak zwierzęta - numerami ewidencyjnymi. Ich status wykluczonych utrwalił się ostatecznie i obrósł kolejnymi zakazami w okresie Tokugawa (1603- 1868) (więcej o nich - w tekście Burakumin w Japonii). Oficjalnie w Japonii dyskryminacji burakumin dziś nie ma. Równość zapisano w konstytucji. Ale wciąż zdarza się, że przed planowanym ślubem rodziny zatrudniają detektywów by wyśledzili, czy przypadkiem narzeczony nie ma przodków z tej kasty. Albo firmy na życzenie klientów sprawdzają, czy sąsiedztwo planowanej inwestycji nie jest związane z burakumin. Wartość nieruchomości położonej w takiej dzielnicy jest niższa itd. Wszystkie takie przypadki gromadzi i opisuje Buraku Liberation and Human Rights Research Institute - organizacja, która walczy z dyskryminacją potomków niedotykalnych. I w to wpisuje się sprawa Google'a: stare mapy ułatwiają identyfikację "wykluczonych", dając jasną topograficzną wskazówkę, gdzie mogą żyć ich potomkowie. Ciekawe, jak z tego wybrną. Podobno mają zmodyfikować legendę mapy. Taka kosmetyka przeszłości. |