Internet według Doroty, czyli subiektywny przewodnik po ciekawych stronach WWW
RSS
poniedziałek, 31 stycznia 2005
Uśmiech tyrana

Słoneczko Mao wschodzi nad ludem chińskim. Plakat ze zbiorów Stefana Landsbergera.

Holenderski International Institute of Social History zajmuje się od lat dokumentacją ruchu robotniczego. Próbkę zasobów pokazuje na internetowych wystawach. Jedna z nich - The Chairman Smiles - to wybór propagandowych plakatów politycznych z Chin, Związku Radzieckiego i Kuby, czyli państw, które połączyła głęboka miłość do czerwonego sztandaru i ideologii komunistycznej. Plakaty pochodzą z różnych okresów historycznych, najstarsze radzieckie siegają 1919 roku; w chińskich osobno zgrupowano te z okresu powojennego, z rewolucji kulturalnej i czasów współczesnych. Przywódcy, jak to przywódcy, na plakatach dobrotliwie się uśmiechają lub patrzą gdzieś w górę (co ma sugerować, że myślą o sprawach najwyższej wagi); krzepki lud tryska entuzjazmem i robi co do niego należy: chłop sieje lub zbiera plony, hutnik z zapałem wytapia stal, żołnierz strzeże granic i od razu widać, że wrogowi imperialiście nie przepuści itp.
Jeszcze więcej przykładów chińskiej propagandy spod znaku sierpa i młota zebrał i wystawił Stefan Landsberger (też na stronach instytutu). Jeśli nie macie dość po poprzedniej wystawce, zobaczcie jak wszechobecny towarzysz Mao szczerzy ząbki i jak się w naiwnej plakatowej wizji wykuwa chiński komunizm.
Dziś to śmieszy, ale jak sobie człowiek przypomni co się tam wtedy działo naprawdę, to ciarki przechodzą...
sobota, 29 stycznia 2005
Krwawa Niedziela

Ulice Derry, 30 stycznia 1972

W historii irlandzko-brytyjskiego konfliktu miały miejsce dwie „Krwawe Niedziele”. Pierwsza w 1920 roku (dokładnie 21 listopada), kiedy to IRA wykonała wyrok na agentach brytyjskiego wywiadu, a w odwecie „brunatno-czarne” (Black and Tans) oddziały na stadionie piłkarskim w Dublinie zaczęły strzelać do kibiców i piłkarzy (zabijając 12 ludzi i raniąc ponad 60).
Druga Krwawa Niedziela wydarzyła się 30 stycznia 1972 roku w mieście Derry w Irlandii Północnej (przez Brytyjczyków nazywanym uparcie Londonderry). Odbył się tam pokojowy marsz protestacyjny przeciwko prawu umożliwiającemu internowanie Irlandczyków podejrzewanych o terroryzm. Brytyjscy żołnierze ostrzelali tłum, zabili trzynastu ludzi, czternasty zmarł w szpitalu. Dokładnie relacjonuje to powołany dla upamiętnienia tych wydarzeń Bloody Sunday Trust.
To, co się stało później, jest zadziwiająco podobne do wypadków znanych z naszej rodzimej historii (myślę o wydarzeniach z 1970 roku na Wybrzeżu i 1981 na kopalni Wujek). Mundurowi strzelali i zabili, władza zarządziła śledztwo, ale strzelających nie skazano. Po latach wyszło, że prowadzący je lord Widgery dostał odpowiednie wskazówki wedle których miał nim pokierować. I podobnie jak u nas, po wielu latach proces wznowiono, z nadzieją że tym razem winni się znajdą.
Trzy lata temu powstała filmowa opowieść o Krwawej Niedzieli, pod nazwą Bloody Sunday właśnie (kto nie widział, może tu obejrzeć trailer). Kończyła go piosenka zespołu U2 „Sunday Bloody Sunday” (oto słowa).
Tagi: historia
15:03, dogin
Link Komentarze (2) »
środa, 26 stycznia 2005
Wojna ludzi

Francuzi na froncie: ciekawe kto z nich przeżył wojnę...

Długo nazywaną ją Wielką Wojną. „Wielką” ze względu na zasięg, skalę zniszczeń, liczbę zabitych. Czegoś takiego świat dotąd nie oglądał i wydawało się, że już nigdy potem nie zobaczy, ale wystarczyło dwadzieścia lat i przyszła kolejna - jeszcze większa, jeszcze okrutniejsza. Wtedy nadano jej cyferkę: odtąd była już tylko „pierwszą wojną światową”, przygrywką do większej rzezi.
The Heritage of the Great War opowiada o niej poprzez obrazy: głównie fotografie (w tym unikalne, kolorowe zdjęcia z początku 20 wieku), ale także poprzez rysunki z ówczesnych gazet (świetne ilustracje holenderskiego rysownika Alberta Hahna), malarskie wizje znanych artystów, wojenne pocztówki; dodatkowo poprzez wiersze.
Nie ma tu opisów broni i innego wojennego żelastwa, tematem zdjęć są ludzie, ci w mundurach i bez. „We are averse to historicism and military fetishism. And we show people rather than strategic plans or statistics” – tłumaczą na wstępie autorzy. Są więc żołnierze ginący pod Verdun i Gallipoli, czekający na atak w okopach, sanitariusze brnący w błocie po rannych, trupy (na zdjęciach zakazanych w prasie, bo obniżałyby morale wojska), jeńcy wojenni, tłumy uciekinierów na wyładowanych dobytkiem wozach, rodziny żegnające idących na front itp.
Ciekawa strona, bo przypomina, że każda wojna to rzecz ludzka: to znaczy przygotowana i prowadzona przez ludzi, i uśmiercająca konkretnych ludzi, a nie anonimowych żołnierzy.
poniedziałek, 24 stycznia 2005
Fanklub kardynała
Taka ciekawostka: kardynałowie też mają internetowe fankluby. Konkretnie kardynał Joseph Ratzinger, jedna z najważniejszych osobistości w Kościele, prefekt Kongregacji Nauki Wiary. Strona owego fanklubu wypełniona jest informacjami o kardynale, jego książkach, pismach i wypowiedziach, zawiera też dokumenty Kongregacji. Jej autor wyraźnie zaznacza, że fanklub jest nieoficjalny i sam kardynał nie ma z nim nic wspólnego: “This is an UNofficial fanclub. Consequently, the author does not have any manner of formal connection with Cardinal Ratzinger; nor does he possess personal knowledge of the Cardinal's daily agenda, nor means to relay personal comments to him directly, etc., etc., etc.”
Tagi: ciekawe
10:47, dogin
Link Dodaj komentarz »
sobota, 22 stycznia 2005
Gaudiego ciąg dalszy
Jeszcze raz o Gaudim i jego fantastycznych budowlach. Wdepnęłam przypadkiem na stronę Gaudi and Art Nouveau in Catalonia: to kolejne miejsce, w którym można się napatrzeć na te jego kamienne cuda, a przy okazji na prace innych katalońskich artystów z epoki modernizmu. Polecam, a na dokładkę podaję jeszcze jeden adres, o Gaudim po polsku.
piątek, 21 stycznia 2005
Szaleństwa pana Gaudiego

Dom bez kątów prostych, czyli Casa Mila, fot. Eduard Solé Gaudí & Barcelona Club

Budynków zaprojektowanych przez Antonio Gaudiego nie sposób pomylić z wytworami innych. To architektura, na widok której twórcy Partenonu dostaliby apopleksji: nie ma tu miejsca na linie proste, zamiast nich królują rozchwiane, miękkie, roślinne kształty. Wieże katedry Sagrada Familia (Świętej Rodziny) wyglądają jak kopce termitów; barcelońska Casa Mila przypomina raczej jakąś naturalną skalną strukturę niż kamienicę (miejscowi nazywają ją „La Pedrera” – Kamieniołom), i ponoć nie ma ani jednego kąta prostego. Nie inaczej jest z kolejnym znanym wytworem Gaudiego: domem Casa Batlló o przedziwnych organicznych ornamentach albo Parkiem Güell, który Gaudi zapełnił baśniowymi budowlami i stworami (tuż przy wejściu mieni się kolorami smok).
Miał fantazję pan Gaudi, oj miał.
sobota, 15 stycznia 2005
17 mgnień wiosny
Widzieliście kiedyś mrugnięcie oka w zwolnionym tempie? Górna powieka powoli opada, chwilkę później odbija się od dolnej i idzie do góry jak kurtyna w teatrze. Daje takie przedstawienie tysiące razy dziennie.
Albo inaczej: obserwowaliście kiedyś, jak zmienia się konkretny kawałek przestrzeni w ciągu jednego dnia albo kilku miesięcy? Jakie przybiera barwy, jak się zaludnia i pustoszeje? Tego dla odmiany nie zobaczy się w zwolnionym tempie, tu trzeba tempo „podkręcić”: zlepić obrazy uchwycone w przeciągu dni, godzin, miesięcy lub lat. To właśnie proponuje Playing with Time, serwis o „zabawach z czasem”. Prócz mrugnięcia oka można tu zobaczyć filmy przedstawiające wiosenne metamorfozy pewnego strumyczka w Wisconsin (fotografowanego z tego samego miejsca przez cztery miesiące), postępy na placu budowy (w ciągu godzin i miesięcy), rozpraszenie się porannych mgieł w zatoce koło Cape Cod (3 godziny), zmienne kolory morza (4 miesiące) albo chybotanie talerza po uderzeniu pałeczki perkusisty (1 sekunda „w naturze”).
Tagi: ciekawe
13:05, dogin
Link Komentarze (3) »
czwartek, 13 stycznia 2005
Oto jest głowa Jana

Meteory – podniebny klasztor Varlaam. Fot. Michael J. Black

OrthodoxPhotos.com to fotograficzny album prawosławia. Prezentuje klasztory i ikony, a także wielką galerię postaci: świętych, eremitów, żyjących w opinii świętości mnichów z Rosji, Rumunii, Serbii, Grecji.
Osobliwą częścią tej prawosławnej galerii są zdjęcia przedstawiające cudowne zjawiska (typu krzyż na niebie albo świetliste znaki) oraz dość szokujące relikwie. Wśród tych ostatnich jest np. ciało zmarłego w 1983 roku rumuńskiego duchownego Ilie Lacatusu (ekshumowane i wystawione – również w internecie - na widok publiczny). Albo relikwiarze zawierające wedle opisu ni mniej ni więcej tylko... głowę i dłoń św. Jana Chrzciciela.
wtorek, 11 stycznia 2005
O przydatności plemiennej mądrości
Ponieważ w polskiej prasie o tym cisza, spieszę donieść, że rdzenni mieszkańcy wysp na Oceanie Indyjskim przeżyli tsunami. Chodzi o pięć plemion zamieszkujących Wyspy Andamańskie i Nikobary – społeczności niezwykłe, bo prawdopodobnie reprezentujące pierwszą falę migracji z Afryki do Azji, żyjące bardzo długo w całkowitej izolacji (o czym szczegółowo pisze George Weber w Lonely Islands: the Andamanese).
Antropolodzy obawiali się, że niedawne trzęsienie ziemi i tsunami mogło spowodować ich całkowitą zagładę, zwłaszcza że liczba członków niektórych z nich jest bardzo mała (plemię Onge liczy poniżej 100 osób). Teraz mają pewność, że przeżyli. Jeden z dowodów (podaję go za Newsday) wydaje mi się szczególnie ciekawy: wysłany po katastrofie na zwiady helikopter został ostrzelany z łuku przez stojącego na plaży krajowca. Ow człowiek zachował się zgodnie z tradycją: tubylcy trzymają się od kolonistów (najpierw brytyjskich, potem hinduskich) z daleka, zwłaszcza od czasu, gdy „cywilizowani” Brytyjczycy udowadniali im swoją wyższość kulturową przy pomocy ostrej amunicji.
Wracając do tsunami: wygląda na to, że tubylcy zawczasu wyczuli co się w przyrodzie święci i schronili się w dżungli. Prawdopodobnie zawdzięczają to gromadzonej przez pokolenia wiedzy i umiejętności obserwacji (np zachowania ptaków i morskich stworzeń), skuteczniejszych jak widać od różnych systemów high-tech, w które „nasz” świat ładuje miliony dolarów. Może zamiast tego warto zainwestować w badania etnograficzne?
A dla zobrazowania różnorodności kulturowej świata polecam Tribal Photo, czyli galerię fotografii „plemiennej” z różnych stron świata, w której występują Fulani, Tuaregowie, Dogoni, Dajakowie i wiele innych ludów żyjących do dziś „po swojemu”.
sobota, 08 stycznia 2005
W Bikini śmierć

Bikini - Krater po bombie wodorowej zdetonowanej w 1954 roku, fot. Matt Harris

Atol Bikini leży w archipelagu Wysp Marshalla. Do początku 20 wieku był mało znaczącą kropeczką na mapie Pacyfiku, znaną przede wszystkim kupcom handlującym koprą (miąższ orzechów kokosowych). Potem zjawili się Japończycy i wybudowali tu stanowiska obserwacyjne mające im służyć podczas II wojny; po ich klęsce na atolu zalęgli się Amerykanie i umyślili sobie, że właśnie tutaj będą testować broń nuklearną. Tubylców poproszono, by raczyli się „czasowo” wynieść. Przydzielono im niezamieszkany „atol zastępczy” Rongerik, nie bacząc na to, iż jest on maleńki, nie ma wystarczających zapasów wody i jedzenia, i według wierzeń ludów archipelagu jest siedliskiem złych duchów. Na Bikini zaś Amerykanie szybko zaczęli testować swoje nuklearne zabawki i nie przejmowali się zbytnio relacjami o głodzie panującym na Rongerik. Można by jeszcze długo opowiadać o kolejnych „atolach zastępczych”, jakie zaaplikowano ludziom z Bikini (i o ich czasowym powrocie na atol po błędnych zapewnieniach, że „promieniowanie w normie”), ale to sobie można doczytać na bardzo ciekawej stronie Jacka Niedenthala Bikini Atoll, traktującej o dawnym życiu (zapisanym we wspomnieniach starszyzny), dniu dzisiejszym, turystyce, promieniowaniu i wielu ciekawostkach (np. historii kostiumu kąpielowego bikini, która sięga roku 1946).
 
1 , 2