Internet według Doroty, czyli subiektywny przewodnik po ciekawych stronach WWW
RSS
środa, 28 grudnia 2005
Petersburg

Petersburg nocą, fot. Piotr Sobolew (Wandering camera)

Leży nad rzeką Newą, dokładnie tam, gdzie zażyczył sobie car Piotr I. Powstało z jego woli i jego carskiego zamysłu, miało świadczyć o potędze i sile kraju, który nie waha się budować na terenach, które innych by odstraszyły. I nieważne jakim kosztem (mówi się, że jest to miasto zbudowane na ludzkich kościach: tutejsze grząskie tereny pochłonęły podczas budowy wiele ofiar).
Mimo krótkiej historii (oficjalne narodziny to rok 1703), parokrotnie zmieniało nazwę. Pierwotnie zwało się Sankt Petersburg, potem było Piotrogrodem, Leningradem (na cześć Lenina oczywiście), by po latach wrócić do pierwszego imienia.
„Wenecja Północy” – to jedno z wielu określeń jakie mu przypisano. Faktycznie, podobnie jak Wenecja wyrosło na przekór przyrodzie, zaprojektowano je i wzniesiono z architektonicznym rozmachem.
Aby na słowach nie poprzestać: serwis Piotra Sobolewa, Wandering camera (także w obszerniejszej wersji rosyjskiej) z albumami fotograficznymi pełnymi widoków petersburskich pałaców, świątyń, ulic, kamienic. W tym dawnej carskiej rezydencji czyli Pałacu Zimowego (tego samego, którego w 1917 roku mieli szturmować bolszewicy) i w którym dzisiaj mieści się sławne muzeum sztuki, Ermitaż. Ze zdjęciami petersburskich ”białych nocy”, migawkami z majowego święta miasta, jak i mało zachwycającymi przykładami „budownictwa socjalistycznego”.
I dodatkowo inne spojrzenie: galeria zdjęć których autorem jest Ilia Narovlianski: nastrojowy Petersburg w dwóch kolorach. W czerni i w bieli.
Tagi: miasta
10:33, dogin
Link Komentarze (3) »
piątek, 23 grudnia 2005
Konstantynopol
 
Byzantium 1200

To miasto nosiło wiele imion. Było w przeszłości Carogrodem, Bizancjum, Konstantynopolem, albo po prostu „Miastem”. Teraz znane jest pod turecką nazwą Stambuł (Istambuł). Siedzi „okrakiem” nad Cieśniną Bosfor, jedną nogą jest w Europie, drugą w Azji.
Jak wyglądało kiedyś, przed tureckim podbojem? Próbuje to zrekonstruować i pokazać Byzantium 1200, serwis zawierający komputerowe modele najważniejszych budowli cesarskiej metropolii (zainspirowany powyższym modelem Rzymu). Jest tu Hagia Sophia, niegdyś największa świątynia chrześcijaństwa (a potem zamieniona na meczet), zwieńczona górującą nad miastem potężną kopułą.
Jest wielka Kolumna Justyniana, stojąca niegdyś w pobliżu świątyni, z konnym posągiem cesarza na czubku. Hipodrom na którym odbywały się konne wyścigi. Porta Aurea, Złota Brama, przez którą cesarz wyruszał na wojny i którą w glorii chwały powracał. I inne budynki: pałace, świątynie, akwedukty...
Tak właśnie mogło wyglądać Bizancjum. A czy tak rzeczywiście wyglądało? Kto to wie...

Wesołych Świąt życzę wszystkim, którzy tu zaglądają! I tym którzy nie zaglądają, też.
Tagi: miasta
23:37, dogin
Link Komentarze (5) »
niedziela, 18 grudnia 2005
Redukcje paragwajskie

Kościół Św Michała z misji San Miguel de Velasco (La Gran Chiquitania)

Pod tą dziwną nazwą – redukcje paragwajskie – kryje się ciekawy społeczny eksperyment trwający około 150 lat. Eksperyment, w którym główne role odegrali jezuici, Indianie oraz hiszpańscy i portugalscy kolonizatorzy z „Nowego Świata”.
Redukcje (z hiszpańskiego „reducciones”) to osady zakładane z inicjatywy jezuitów w kraju Guaranów, nad rzeką Paraną. Powstawały z błogosławieństwem władców Hiszpanii, szczególnie Filipa III, który w 1610 roku ogłosił, że paragwajskich Indian można nawracać jedynie słowem (a nie mieczem, jak to nagminnie wówczas robiono w koloniach). Z czasem redukcje zaczęły wyrastać także w innych krajach, np. w dzisiejszej Boliwii (co opisuje szczegółowo La Gran Chiquitania w rozdziale o historii jezuickich misji)
Osady wznoszono według podobnego planu, z centralnym placem, prostymi ulicami i zestawem instytucji (kościół, szkoła, cmentarz, przytułek dla wdów i ludzi chorych, dom dla przybyszów). Mieszkańcy tworzyli osobliwą komunę, uprawiali należącą do wspólnoty ziemię (i dzielili się sprawiedliwie plonami), trudnili się rzemiosłem, wyrabiali też bardziej skomplikowane rzeczy, np. zegary i instrumenty muzyczne – jak podają w The Jesuit Missions (reducciones) in South America.
Co najważniejsze, redukcje chroniły Indian przed niewolnictwem i przymusową pracą na polach kolonizatorów. I właśnie tego nie mogli zdzierżyć plantatorzy i współpracujący z nimi łowcy niewolników. Dopięli swego w 1750 roku, gdy król hiszpański oddał Portugalii ziemie wraz z osadami, co wnet doprowadziło do indiańskiego powstania a w efekcie do zagłady redukcji i wypędzenia jezuitów (ten końcowy epizod pokazywał film Misja).
Pamiątką po tym trwającym półtora stulecia eksperymencie są kościoły – zrujnowane (np. wpisane na listę UNESCO pozostałości San Ignacio z pierwszej misji jezuickiej) czy odbudowane (jak te z Chiquitanii). Albo ocalałe przykłady misyjnej sztuki (o której nieco jest w Jesuit Mission Art).
czwartek, 15 grudnia 2005
Świat lodowców

Lodowiec na Eggishorn w szwajcarskich Alpach (Glaciers Online)

Dla laika to po prostu kawał lodu. Glaciers Online pokazuje jednak, że lodowce to o wiele bardziej złożona i ciekawa „forma życia”.
Różnią się kształtem i rozmiarami, od takich które formują cały kontynent (Antarktyda) po kilkusetmetrowe lodowe „placki” zalegające w górach. Mimo że sprawiają wrażenie nieruchomych, żyją: w górach spływają wolno jak zmrożone potoki. Mimo że z ogniem się raczej nie kojarzą, to bywa że zalegają na stożkach wulkanów. Sąsiadują z wodą, która raz pojawia się w lodowych jeziorkach, raz żłobi w lodowej skorupie zadziwiające meandry (jak na tym dużym zdjęciu z Grenlandii).
A jak człowiek się uważnie rozejrzy, to może znaleźć pamiątki po niegdysiejszych lodowcach zalegających spore połacie Ziemi. Na przykład w nowojorskim Central Parku.
poniedziałek, 12 grudnia 2005
Miasta największe

Tokio - Japan Guide

Które miasto na świecie jest największe? Kiedy tak zaczęliśmy o tym gadać w przyjacielskim gronie przy kawiarnianym stoliku, wnet okazało się, że pytanie wcale nie jest takie proste na jakie wygląda.
Bo co to znaczy największe? Najrozleglejsze czy najludniejsze?
I jak te miasta podliczyć: z przedmieściami czy bez? I czy da się wszędzie wytyczyć te granice, wskazać co się zalicza a co już nie?
City Population, niemiecki serwis ze statystykami dotyczącymi krajów i aglomeracji, sporządził zestawienie największych organizmów miejskich łącznie z przedmieściami. Wyszło mu, że liderem jest Tokio (ponad 34 mln mieszkańców). Dalej Ciudad de Mexico (ponad 22,6 mln), Seul (22, 2 mln) i na czwartej pozycji Nowy Jork (21,8 mln, podliczony z mieszkańcami Newark i Paterson). Warszawa zajęła w tej klasyfikacji miejsce 157.
A gdyby tak podliczyć je bez przedmieść? Takie zestawienie podsuwa City Mayors. Są tu tylko miasta z „legally defined boundaries” – określonymi jasno granicami. I to wystarczy żeby całkiem zmienić poprzednią listę: pierwszy jest Seul (10,2 mln), potem kolejno brazylijskie Sao Paulo, indyjski Bombaj, indonezyjska Jakarta. Tokio dopiero dziesiąte, tuż za nim pierwsze amerykańskie miasto, Nowy Jork (a że to amerykański serwis, to na osłodę publikuje też inne zestawienie miejskich organizmów, z którego jasno wynika, że Nowy Jork jednak bije wszystkie inne miasta na głowę).
Oczywiście są jeszcze inne zestawienia, różniące się nieraz znacznie, wypychające raz jedną a raz drugą metropolię na czoło peletonu. Nie ma prostych pytań, to i nie ma prostych odpowiedzi.
To już lepiej zapytać o najdłuższą wieś w Polsce. Tu przynajmniej wszyscy są zgodni: Zawoja.
niedziela, 11 grudnia 2005
Malarz z Moulin Rouge

Henri de Toulouse-Lautrec, litografia z 1892 roku

Jak się ktoś nazywa „Henri Marie Raymond de Toulouse-Lautrec-Monfa”, to ani chybi jest arystokratą.
I rzeczywiście, pan o którym mowa wywodził się ze znanej artystokratycznej rodziny z południa Francji, władającej Tuluzą (oto jego genealogia, z listą przodków od 12 wieku). Do historii malarstwa wszedł w wersji skróconej, jako Henri de Toulouse-Lautrec.
Był kaleką, wskutek przebytych w dzieciństwie chorób miał kłopoty z chodzeniem. Te ułomności nie przeszkodziły mu w prowadzeniu bujnego życia towarzyskiego. Szczególnie upodobał sobie paryskie domy publiczne, kabarety, kawiarnie i inne miejsca, które nocą tętniły życiem. Tam malował i rysował, tam powstały liczne portrety kobiet, tancerek, pań z Moulin Rouge, aktorek i dotrzymujących im towarzystwa wielbicieli. To ich twarze widnieją na obrazach oraz litografiach dokumentujących dekadencką kulturę z końca XIX wieku. Ich występy – na scenie kabaretowej czy teatralnej – zapowiadał na projektowanych przez siebie awangardowych plakatach, które wywarły duży wpływ na modernistycznych artystów. Pozostały po nim też rysunki (w tym autoportrety i scenki z cyrku) oraz liczne fotografie.
Henri de Toulouse-Lautrec zmarł w 1901 roku, przeżył 37 lat.
czwartek, 08 grudnia 2005
Komisarz znika

Stalin, z prawej Jeżow. Zdjęcie przed „retuszem” (polegającym na usunięciu tego drugiego).

Mówi się, że technika cyfrowa ułatwiła fałszowanie zdjęć. Że łatwo teraz zdjęcie „poprawić”, łatwiej usunąć z niego jakiś niepożądany element lub wkomponować taki, który pierwotnie na nim nie występował.
Może to i prawda. Ale samo zjawisko fałszowania zdjęć jest dużo starsze niż technika cyfrowa. Dowodem The Commissar Vanishes - wystawa ukazująca, jak robiono to w Związku Radzieckim za Stalina. Z pobudek politycznych: kiedy bowiem któryś z współpracowników generalissimusa popadał w niełaskę lub został uznany za wroga ludu (co zdarzało się nader często), nie wystarczyło go zgładzić, trzeba było wymazać go także ze zbiorowej pamięci narodu. Czyli także z uwieczniających dawne wydarzenia fotografii.
Na wystawie pokazano zdjęcia „przed” i „po” operacji. Oto na przykład Stalin spacerujący z komisarzem Jeżowem - na drugim zdjęciu Jeżowa już „niet”, jakby rozpłynął się w wodach widocznego obok kanału.
Albo inne zdjęcie, z Leninem i Trockim, wykonane podczas obchodów drugiej rocznicy rewolucji październikowej na Placu Czerwonym w Moskwie. Był Trocki i nie ma Trockiego: skutecznie go z tej fotografii wymazano.
Podobnie jak wymazano stare napisy i zastąpiono nowymi na propagandowej pocztówce przedstawiającej demonstrujących żołnierzy. „Niepoprawny” okazał się widoczny w tle szyld sklepowy („Zegarki, złoto, srebro”). Zamieniono go na „Walcz o swoje prawa”. Na powiewającej nad tłumem fladze dopisano także drugie hasło, „Koniec z monarchią, niech żyje republika”.
I teraz już było i poprawnie, i słusznie politycznie.
Tagi: historia
00:28, dogin
Link Komentarze (4) »
czwartek, 01 grudnia 2005
Kwitnące pustynie

Ukwiecone łąki Carrizo, fot. Frank Kee (DesertUSA)

Spękana ziemia, zero życia, co najwyżej jakieś kaktusy – kto ma takie wyobrażenie pustyni, w Feral flowers przeżyje spore zaskoczenie. Wystawiane tu zdjęcia Richarda Dickey’a pokazują bowiem całkiem inne obrazy: okolice pokryte „kwietnymi dywanami” – zjawiskowymi łąkami, które wiosną ścielą się na rozległych obszarach pustynnej części Kalifornii. Dickey fotografował je przez 19 lat, uchwycił wiele niezwykłych (głównie ze względu na kolorystykę) widoków. W ich poszukiwaniu przewędrował wiele miejsc – bo łąki to „kapryśny” element krajobrazu, może się wcale nie pojawić wiosną, albo też rozkwitnąć w całkiem innym miejscu (i nie tylko w Kalifornii, bo to fenomen znany z wielu pustynnych obszarów Ameryki Północnej).
Co ciekawe, te ukwiecone dywany pojawiają się nawet w najbardziej wysuszonych i nieprzyjaznych dla życia miejscach, np. w Dolinie Śmierci: “In fact the most extensive carpets of wildflowers in the North American deserts occur in their most arid parts - such places as Death Valley, Anza-Borrego, the Gulf coast of northern Baja California, and the Gran Desierto-Pinacate region” – można wyczytać na stronie “muzeum pustyni”, Arizona-Sonora Desert Museum.
Jest tu również dział dotyczący przewidywań i teoretycznych podstaw tego zjawiska. Wyjaśniają w nim, jakie czynniki są niezbędne aby na wiosnę pojawiły się kwietne dywany (np. odpowiednia ilość deszczu jesienią, odpowiednie temperatury), ale uprzedzają też, że nawet spełnienie tych warunków nie gwarantuje, że pustynia rozkwitnie. Dlatego fotografowie i naukowcy polujący na takie widoki czekają w pogotowiu aż ktoś wypatrzy pierwsze „dywaniki” i bezzwłocznie wyruszają w teren, by nie przegapić okazji (bo na następną mogą czekać wiele lat). O pojawieniu się łąk donoszą raporty, istnieją również telefoniczne punkty informacji, w których można dowiadywać sie o aktualnym stanie ukwiecenia pustyń.
Tagi: przyroda
12:08, dogin
Link Komentarze (4) »