Internet według Doroty, czyli subiektywny przewodnik po ciekawych stronach WWW
RSS
wtorek, 29 marca 2005
Wojna psychologiczna

Pancerny Volkssturm rusza do boju – antyniemiecka pocztówka z II wojny

Podczas wojny na hitlerowskie Niemcy spadały nie tylko bomby i karabinowe kule. Także materiały propagandowe mające podkopać morale wojska i zwykłych obywateli: gazety i ulotki z wieściami z frontów (a głównie z tym, czego niemiecka cenzura nie przepuszczała), sfabrykowane dokumenty ośmieszające i krytykujące faszystowskich przywódców i ich politykę. Zrzucano je z samolotów albo w zmyślny sposób wprowadzano do obiegu.
Jedna z takich operacji nosiła kryptonim Cornflakes i była dziełem amerykańskiego Office of Strategic Services. Polegała na drukowaniu i wysyłaniu do Niemiec fałszywych znaczków pocztowych. Przerobiono na nich wizerunek Hitlera (upodobnił się do kościotrupa), a napis „Deutches Reich“ zamienił się na „Futsches Reich“ (stracona Rzesza). Do kompletu były też fałszywe pocztówki i koperty z wypisanymi ręcznie nazwiskami z niemieckich książek telefonicznych. Listy pakowano do worków pocztowych i zrzucano z samolotów podczas powietrznych ataków na pociągi – Niemcy zbierali je potem w przeświadczeniu, że to uratowane z bombardowania przesyłki i sami wprowadzali te wywrotowe materiały do obiegu.
Ciekawie pisze o tym Lee Richards w Psywar.org. Opisuje mało znane operacje tego typu i pokazuje przykłady propagandowej twórczości: dokumenty które zlatywały Niemcom na głowę lub trafiały do ich skrzynek pocztowych. Głównie to aliancka produkcja z czasów II wojny (wśród których zdarzają się i polskojęzyczne, jak ta odezwa), są też niemieckie. Poza tym propagandowe materiały z innych wojen: pierwszej światowej i z konfliktów powojennych, np z wojny w Afganistanie i obecnej w Iraku.
piątek, 25 marca 2005
Jerozolima przeniesona

Brama w Jerozolimie Kaszubskiej

„Calvaria” to łacińska nazwa wzgórza nad Jerozolimą, na którym ukrzyżowano Chrystusa (inna jego nazwa, wywodząca się z aramejskiego, to Golgota - „miejsce czaszek”). Stąd wzięły się Kalwarie w nazwach sanktuariów, które w naszych pejzażach odtwarzały topografię Jerozolimy. Kierując się opisami Ziemi Świętej wytyczano trasy, w odległościach odpowiadających etapom prawdziwej Drogi Krzyżowej budowano kapliczki i stacje.
Tak powstała Kalwaria Zebrzydowska, ufundowana w XVII wieku przez wojewodę krakowskiego Mikołaja Zebrzydowskiego. Kopią Golgoty stała się tutejsza góra Żarek, inne stacje wybudowano na okolicznych pagórkach i w dolinkach.
W tym samym wieku pomorski magnat Jakub Wejher ufundował Kalwarię Wejherowską, zwaną też „Jerozolimą Kaszubską”. Potok Biała został przemianowany na Cedron, wśród drzew wyrosła Brama Jerozolimska, dom Arcykapłana Annasza i inne budynki.
Koło Przemyśla z woli kasztelana lwowskiego Andrzeja Maksymiliana Fredro powstała Kalwaria Pacławska. Dolina rzeki Wiar stała się Doliną Jozafata, kapliczki stanęły na pasmach górskich wokół.
Jest także kalwaria w śląskich Wambierzycach (ze 150 kaplicami i stacjami). I taki ewenement jak Góra Kalwaria – mazowieckie miasto zaprojektowane w taki sposób, by odpowiadało układowi Jerozolimy.
Zainteresowanym podobnymi miejscami na świecie polecam włoski przewodnik po „świętych górach” i kalwariach, Sacri Monti.
czwartek, 24 marca 2005
Mania wielkości

Petronas Twin Towers w Kuala Lumpur, fot. Jan Van Dasler (Great Buildings Scrapbook)

Który budynek w Polsce jest najwyższy? Niechciany „dar narodu radzieckiego” dawniej noszący imię Stalina, czyli Pałac Kultury i Nauki (a bardziej swojsko „Pekin”). Ma 231 metrów wysokości, i jak dotąd nie przerosły go powstające wokół biurowe przeszklone obeliski. Zajmujący miejsce drugie Warsaw Trade Tower (jak ja kocham te rodzime polskie nazwy...) ma „zaledwie” 208 m. Warszawa jest też generalnie „najwyższym” miastem w Polsce (bo najwięcej wysokościowców tutaj powstaje), co widać z tego zestawienia pochodzącego z serwisu branży budowlanej na świecie, Emporis. Przegoniła Katowice i Kraków (który za to ma inne cuda architektury, w tym osławionego Szkieletora, który nam straszy niezmiennie od czasów Gierka).
Takich ciekawostek i zestawień jest tu więcej. Najwyższe na świecie ogółem (tu liderem jest Taipei 101 – 509 metrów), budynki według kontynentów i państw, albo funkcji. W tej ostatniej kategorii mieszczą się giganty biurowce, szpitale (np. londyński Guy’s Tower: 143 metry; można się rozchorować od patrzenia przez okno), apartamentowce, hotele i szkoły (wychodzi na to, że najwyżej – w sensie wysokości – kształcą się Rosjanie, bo w tej grupie wybija się socrealistyczny Uniwersytet Moskiewski, całe 240 m). Dla lepszej orientacji są też porównawcze diagramy budynków.
I przy okazji jeszcze jedno przydatne miejsce: Structurae. Generalnie to serwis dla architektów i inżynierów, ale udostępnia też ogromną bazę konstrukcji wznoszonych ludzkimi rękami w różnych częściach świata. Dzieli je po inżyniersku (według metody użytej przy budowie, typu struktury); ale także bardziej po ludzku: według regionu, nazwy czy funkcji, i tą drogą da się dojść do kościołów, wiaduktów albo szczególnie okazałych wież.
Tagi: ciekawe
20:12, dogin
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 20 marca 2005
Z głową w chmurach

„The Morning Glory” na australijskim niebie – fot. Gavin Pretor-Pinney

Raz wyglądają jak kalafiory, kiedy indziej rozsnuwają się po niebie jak poszarpana wata lub dym z komina, przybierają postać skłębionych „baranków” lub morskich fal, układają na niebie dziwaczne wzory. Trudno je opisać bez takich klasycznych i wytartych porównań, chyba że się poprzestanie na fachowych określeniach z meteorologii (cirrusy, cirrostratusy, altocumulusy i inne takie „-usy”).
Jak nieopisywalne potrafią być chmury, pokazuje niemiecki Der Karlsruher Wolkenatlas, atlas z fotograficzną galerią zdjęć (istniejący także w spolszczonej wersji). Kalafior, baran, wata – to za słabe porównania do tego co tam widać, a kiedy jeszcze podkoloruje je słońce wschodzące lub zachodzące, to już nijak się ich nie da opisać.
Na wypadek gdyby niemieckie cirrusy różniły się od cirrusów z innych części świata, warto obejrzeć chmury australijskie z galerii, którą prowadzi Michael Bath i Jimmy Deguara albo te z serwisu In the Clouds Photography autorstwa Gregory Thompsona (nieco przesłodzone są co prawda tutejsze widoczki, ale ujdą). Polecam też Weather Photography - w której oprócz chmur można pooglądać błyskawice, wariacje na temat światła (zjawiska optyczne) i różne cuda natury.
Podobne widoki serwuje towarzystwo miłośników chmur, The Cloud Appreciation Society, które spośród nich wybiera „chmurę miesiąca” (w marcu został nią warstwowy stratus). Lansuje ono mało praktyczne hasło („idź przez życie z głową w chmurach”), a w swojej „deklaracji programowej” zawarło takie oto ciekawe zdanie: „We acknowledge that the clouds are the most egalitarian of Nature's displays since everyone has an equally fantastic view of them”.
Co racja to racja: wszyscy mamy taki „fantastic view”, o ile tylko zechcemy podnieść do góry głowę i popatrzeć.
piątek, 18 marca 2005
Italia i chrabąszcze

Asyż widziany z góry. Fot. Piero Orlandi

O włoskiej stronie Thais można napisać tyle, że traktuje o rzeczach pięknych. Z włoską elegancją przeskakuje od architektury do entomologii i botaniki; a wszystko to do siebie o dziwo pasuje.
Jeśli ktoś chciałby rzeźbę to proszę: jest przegląd tego, co najwybitniejsze z 1200 lat rzeźby włoskiej. Malarstwo: Leonardo, Rafael, Caravaggio i inni. Freski Giotta z Bazyliki Św Franciszka w Asyżu a obok dziwne malowidła z odkopanej willi w Pompejach. Włoskie miasta i architektura; wystawa tkanin dekoracyjnych (włoskie, francuskie, bizantyjskie) i weneckiej ceramiki. Stąd już blisko do muszli o niezwykłych kształtach, minerałów i działu z „pięknem latającym”: motylami, subtelnymi ważkami, chrabąszczami o niesamowitych kształtach i kolorach i innymi okazami entomologicznymi.
Na koniec: Italia z góry, czyli zdjęcia lotnicze robione przez Piero Orlandi. Kamienno-ceglaste miasta Umbrii, Lombardii, Toskanii, Piemontu i innych regionów.
Tagi: przyroda
20:09, dogin
Link Komentarze (3) »
czwartek, 17 marca 2005
Święty Patryk i inni


W średniowieczu Irlandię nazywano „krajem świętych i uczonych”. To stąd wywodzili się duchowni o niezwykle barwnych życiorysach, założyciele słynnych klasztorów, misjonarze wędrujący po Europie.
Pierwszy i najbardziej znany to patron Irlandii, Święty Patryk (czczony właśnie dziś, 17 marca). Co ciekawe, wcale nie był Irlandczykiem: urodził się w Brytanii, stamtąd został uprowadzony przez piratów i sprzedany w niewolę do Irlandii, przez sześć lat był pasterzem; potem uciekł, by po latach wrócić z misją ewangelizacji kraju. To on miał ustanowić stolicę biskupią w Armagh. Na obrazach (jak ten powyżej) przegania z wyspy węże symbolizujące pogaństwo.
Kolejna ważna postać to krewki Columcille czyli święty Kolumba: pochodzący z królewskiego rodu, założyciel wielu klasztorów (m.in. w Derry, Durrow i Kells). Słynął z miłości do ksiąg, co zresztą odbiło sie na jego życiorysie. Wpadł mu w oko pewien egzemplarz Psałterza z klasztoru w Moville: potajemnie postanowił go skopiować (legenda głosi, że bojąc sie dekonspiracji robił to nocą, po ciemku, i oto stał się cud: palce jego lewej ręki zaświeciły, więc mógł bez przeszkód pisać prawą. Cudowna legenda, zawsze marzyłam o takim wynalazku). Rzecz się wydała, doszło do pierwszej w historii rozprawy o prawa autorskie: rozstrzygający ten dylemat król Diarmait orzekł, że „każde potomstwo książki [czyli kopia] należy do książki, jak cielę do krowy”. Columcille w niejasnych okolicznościach (mówiono o wypędzeniu) wybył z Irlandii i osiadł na wyspie Iona, gdzie założył słynny klasztor i skąd ewangelizował pogańską Szkocję.
Dalej Kolumban z klasztoru w Bangor, misjonarz ewangelizujący z zapałem kontynentalną Europę: ślady jego działalności można odszukać w dzisiejszej Francji, Niemczech, Szwajcarii (z jednym z jego uczniów, Św. Gallem, wiąże się powstanie słynnego opactwa Sankt Gallen), Austrii i Włoszech (pochowany jest w klasztorze w Bobbio). Chyba przez to zamiłowanie do podróży został patronem motocyklistów.
I jeszcze większy irlandzki podróżnik: Święty Brendan zwany Żeglarzem, który wedle legendy wyruszył na poszukiwanie Ziemi Obiecanej i dotarł do nieznanego lądu - czyli (jak twierdzą miłośnicy historii alternatywnej) odkrył Amerykę.
wtorek, 15 marca 2005
C.k. armia

Arcyksiążę Fryderyk

Monarchia austro-węgierska była zlepkiem wielu narodów, nic więc dziwnego, że się w końcu rozpadła. Podobnie jak jej armia – mieszanka ludzi różnych narodowości, mówiących różnymi językami i niekoniecznie kochających cesarza.
Tej właśnie armii jest poświęcona ciekawa strona Austro-Hungarian Land Forces 1848-1918. Opisuje poszczególne formacje wojskowe, ich insygnia i uniformy; a przy okazji podaje też skład narodowościowy. W regimentach piechoty wymienia Węgrów, Niemców, Polaków, Czechów, Słowaków, Rumunów, Serbów, Chorwatów, Rusinów, Włochów, Słoweńców. Mieszano ich w różnych proporcjach: przykładowo regiment nr 13 z Krakowa składał się w 82 proc. z Polaków; w innych robiono mieszankę Niemców z Węgrami, Słowaków z Rusinami i Węgrami itp. Kłaniają się „CK Dezerterzy” (myślę o książce Kazimierza Sejdy, film był robiony na jej podstawie): nauczenie tej zbieraniny chociażby hymnu okazywało się beznadziejnym zadaniem.
Mniej różnorodności jest za to w dziale z biografiami dowódców – tu dominują Austriacy, Niemcy i Węgrzy (ich wizerunki są jeszcze mniej urozmaicone – panowie obowiązkowo noszą podkręcone wąsy lub modne „cesarskie” bokobrody). Ale i tu bywa swojsko: w innym serwisie o c.k. dowódcach pojawia się np. Stanislaus Maria Graf von Szeptycki (czyli generał Stanisław Szeptycki); Josef Haller von Hallenberg (generał Józef Haller od “Błękitnej Armii”) czy urodzony „at Zulow in the Russian Northwestern Province, formerly Lithuania” Józef Piłsudski.
piątek, 11 marca 2005
Katyń
„sprawy 14 700 osob znajdujących się w obozach dla jenców wojennych - byłych polskich oficerów, urzędnikow państwowych, obszarników, policjantów, agentów wywiadu, żandarmów, osadników i służby więziennej, 2) jak też sprawy aresztowanych i znajdujących się w więzieniach w zachodnich obwodach Ukrainy i Bialorusi osób w liczbie 11 000 (...) - rozpatrzyć w trybie specjalnym z zastosowaniem wobec nich najwyższego wymiaru kary – rozstrzelania”.
To fragment pisma z 5 marca 1940 z zaleceniami dla radzieckiego NKWD. Rozkaz wykonano jak należy, doły z zastrzelonymi jeńcami zasypano, by po ich odkryciu w 1943 roku zapłonąć świętym oburzeniem na oskarżenia o dokonanie tego mordu. Święte oburzenie tak wyrażał radziecki minister Wiaczesław Mołotow: „Władze hitlerowskie, popełniwszy na polskich oficerach potworną zbrodnię, grają komedię dochodzenia w inscenizacji, w której wykorzystały one dobrane przez siebie profaszystowskie elementy w znajdującej się pod butem Hitlera okupowanej Polsce, w której uczciwy Polak nie ma swobody wyrażania swojej opinii”.
Oba dokumenty pochodzą z polonijnego muzeum internetowego, z wystawy o Katyniu. Prócz nich są tam nazwiska zastrzelonych i zdjęcia (tych panów którzy dokumenty podpisywali też).
Znalezione w grobach pamiątki – legitymacje, fotografie, listy – pokazuje również katyńska strona z Australii. Są w tym niemieckie dokumenty z 1943 roku, z ekshumacji.
To tyle zamiast komentarza do najnowszego oświadczenia prokuratury Rosji, że Katyń to żadne ludobójstwo. Jak to napisał Mołotow? „grają komedię dochodzenia”...
czwartek, 10 marca 2005
Wielkie żarcie

Składowisko samochodów, fot. Chris Jordan

Jest takie powiedzenie: jeden obraz znaczy więcej niż tysiąc słów. O współczesnej cywilizacyjnej rozrzutności i konsumowaniu bez umiaru wszelakich dóbr napisano już wiele, ale i tak najmocniej przemawiają obrazy. Takie jak wielkoformatowe zdjęcia fotografa Chrisa Jordana, portretującego świat masowej konsumpcji w Ameryce.
To niezwykłe obrazy zużytych czy lepiej „przeżutych” dóbr: sterty samochodów, pola zasłane kolorowymi butelkami, palety, kostki sprasowanych odpadów i to, co zrobiło na mnie największe wrażenie – ogromne składowisko telefonów komórkowych i ładowarek.
Jordan widzi w tym symbol zmian kulturowych w Ameryce: ludzie (a szczególnie dobrze opłacani specjaliści) coraz więcej pracują, mają coraz mniej czasu dla siebie i rodziny, a rekompensują to sobie kupowaniem nowych i niekoniecznie potrzebnych rzeczy. Tylko że jakoś wciąż nie czują się dzięki nim szczęśliwsi.
poniedziałek, 07 marca 2005
Mury pną się do góry

Budowa muru niedaleko miasta Kalkilja, fot. Ahikam Seri

Mur Chiński powstał, by chronić państwo przed najazdami koczowniczych plemion z Północy, do dzisiaj jest przypomnieniem potęgi Chin. Mur Berliński dzielił miasto i symbolizował powojenny podział Europy na kapitalistyczny Zachód i komunistyczny Wschód.
Teraz na Bliskim Wschodzie powstaje kolejna taka budowla - mur, który ma oddzielać dwa narody, Żydów od Palestyńczyków. Dla obu znaczy coś zupełnie innego, co widać w nazwach. Dla Izraela jest to „security fence” – „płot ochronny” mający zabezpieczać kraj przed atakami terrorystów („płot” brzmi bardziej niewinnie niż „mur”; a to, że ma się nijak do tej wysokiej betonowej konstrukcji to już szczegół). Dla Palestyńczyków jest to symbol izraelskiej okupacji – wolą określenie „apartheid wall” (posługuje się nim np. serwis Stop the wall, prowadzący kampanię przeciwko budowie muru). Ci, którzy chcą być neutralni, wolą określenie „bariera”.
Nazwy mogą być różne, sens jest jeden - mur dzieli. Wystawa The Divide jest właśnie o tym podziale. O językowych niuansach, o idei i konstrukcji muru, polityce. Z masą zdjęć dokumentujących prace przy jego budowie, z mapami, tekstami z gazet i innych źródeł. Konstrukcja tej strony też zresztą przypomina mur – ogląda się ją nie z góry na dół, lecz w poziomie, „jadąc” w prawo.
Ciekawe ile lat to przetrwa. Kilka? Tyle co Mur Berliński? Bo chyba nie tyle co chiński – ten ma już na karku ponad dwa tysiące lat.
 
1 , 2