Internet według Doroty, czyli subiektywny przewodnik po ciekawych stronach WWW
RSS
czwartek, 27 marca 2008
Ludzie z amazońskich lasów

Wioska grupy Enawene-Nawe, fot. Ana Lange, 1979

Ilu ich jest? Dokładnie nie wiadomo. Encyklopedia Indigenous Peoples in Brasil zmagając się z tym pytaniem składa swoiste wyznanie bezradności. Pisze o kłopotach z klasyfikacją grup etnicznych, o ich nazewnictwie (ta sama grupa może istnieć pod różnymi nazwami) itp. Nic dziwnego, że ogólnie ich liczebność określa się w sporym przedziale: 350-700 tysięcy (w Brazylii podkreślam, bo żyją też w sąsiednich państwach).
I dopiero po tych zastrzeżeniach wspomniana encyklopedia wymienia i opisuje poszczególne grupy w Brazylii. Jest tu na przykład: Aikewara (których liczebność w 1997 r wynosiła 185 osób), Bororo (1.024 ludzi, a ich terytorium w stanie Mato Grosso jest 300 razy mniejsze niż to, które niegdyś zajmowali), Guarani (18 - 20 tysięcy w grupie Kaiowa; 8-10 tysięcy w Nandeva, 6 tys. w Mbya), Yanomamo (których nazwa oznacza po prostu „ludzi”; dla „Obcych” rezerwowali nazwę „napepe”), Xeta (których przetrwało zaledwie 8) i wiele innych (zebranych również w tej tabelce).
Przez ich ziemię puszczono drogi, pojawili się osadnicy. Przekleństwem okazały się dla Indian odkryte na niektórych ich terytoriach pokłady złota, uranu, diamentów - bo w ich poszukiwaniu ściągnęły tu tysiące robotników, a wraz z nimi - choroby dziesiątkujące plemiona. Stary scenariusz, przetrenowany na wielu ludach w przeszłości.

Polecam książkę „Gawędziarz” Mario Vargasa Llosy. Nie o brazylijskich wprawdzie Indianach (choć co znaczą te państwowe podziały w odniesieniu do ludzi, którzy takich granic nie znają?), lecz peruwiańskich - ale literacki opis tego innego świata mieszkańców amazońskiej puszczy jest poruszający.

czwartek, 20 marca 2008
Sztuka malowania ulicy

Iluzyjny wodospad na ulicy (Die Strassenmaler)

Wiedzą, jak zamienić ulicę w rwący wodospad. Albo zawiesić na niej helikopter, na dodatek z ludźmi uczepionymi płoz i dyndającymi nad miejskimi przepaściami. Potrafią też wyczarować wynurzający się z asfaltu samochód lub rekina z rozdziawioną paszczą. Albo też rozchybotane, odbijające się w nieistniejącej kałuży wieże katedry.
To uliczna sztuka iluzji, w której specjalizuje się Edgar Müller i Manfred Stader. Galerię swojej ulotnej (ścieralnej?) sztuki pokazują w serwisie Die Strassenmaler. Prócz tego co wymieniałam są tam także malowidła - kopie dzieł mistrzów.
Twórców ulicznych jest zresztą więcej. Czasem pracują zespołowo - taka grupa skrzyknęła się w 2003 roku i na ulicach San Rafael w Kalifornii namalowała kopię dzieła Michała Anioła z Kaplicy Sykstyńskiej (oto jego detale). Malowidło żyło krótko, zostało zmyte dziesięć godzin po ukończeniu.
Ars longa? Czasami.

Tagi: ciekawe
17:30, dogin
Link Komentarze (4) »
środa, 12 marca 2008
Generał Nil

Janina i Emil Fieldorfowie, rok 1919 (Zwoje)

Posługiwał się różnymi pseudonimami: Jordan, Lutyk, Sylwester, Nil, Weller, Waluś. I różnymi nazwiskami: Walenty Gdanicki, Emil Wielowiejski. Najbardziej zrósł się z jego postacią i prawdziwym nazwiskiem pseudonim Nil. W całości brzmiało to: generał August Emil Fieldorf „Nil”.
Miał typową biografię przedwojennego oficera: Związek Strzelecki w rodzinnym Krakowie (kamienica, w której mieszkał, stoi na ulicy Lubicz); Legiony Polskie, po I wojnie coraz wyższe szczeble żołnierskiej kariery w Wojsku Polskim. W 1940 z Londynu przez Kapsztad i Kair przedostał się do Warszawy. Od jesieni 1942 był komendantem Kedywu KG AK. Kierował grupami dywersyjno - sabotażowymi.
W marcu 1945 aresztowany przez NKWD i zesłany do gułagu. Tak naprawdę nie wiedzieli kogo złapali - zesłali go jako Walentego Gdanickiego. Dwa lata później wrócił. Ujawnił się. Więc kiedy UB aresztowało go w 1950 roku w Łodzi (postanowienie o aresztowaniu podpisała prokurator Wolińska), dobrze wiedziało, kim jest. Potem były przesłuchania i kuriozalna rozprawa - 16 kwietnia 1952 w Warszawie. Trwała od godziny 12.30 do 20.30. Generała skazali na ”karę śmierci, utratę praw publicznych i obywatelskich praw honorowych na zawsze oraz przepadek całego mienia”. 24 lutego 1953 gen. Fieldorf został powieszony w więzieniu mokotowskim. I pochowany w miejscu do dziś nieznanym. Po latach rodzinie zezwolono na postawienie grobu symbolicznego na wojskowych Powązkach, ale nie w kwaterach AK i tylko z nazwiskiem i pseudonimem. Daty też były zakazane.
Jest w internecie spisana z taśmy magnetofonowej opowieść żony, Janiny Fieldorf. Ze zdjęciami z domowego archiwum i pisanymi z więzienia listami. W tym - listem ostatnim. Ze zdaniem ”O mnie się nie martwcie zupełnie, ani to ulgi nie przyniesie ani też pomoże” (adres nadawcy: ”Warszawa Mokotów, Rakowiecka 37”. Stempel ”Cenzurowano” oraz pieczęć ”Dokładny adres przyśpiesza doręczenie przesyłki”. Co za dbałość o jakość usług pocztowych. Tylko nadawcy jakoś szybko znikali).
W archiwum IPN jest też parę dokumentów z tego więziennego okresu. Karta z kartoteki skazanych (z czerwonym krzyżykiem w rogu. Co oznaczało to samo, co widać na drugiej stronie kartki: karę śmierci).
Dalej polecenie wykonania wyroku i protokół z jego wykonania. ”Zakończono i podpisano o godz 15.25” - co odnotowano z urzędową precyzją i sumiennością.

Tagi: historia
21:57, dogin
Link Komentarze (1) »
sobota, 01 marca 2008
Przeprosili aborygena

Z Mything Links

Znacie jakieś słowa wywodzące się z języka australijskich tubylców? Pewnie że znacie. I to niejedno. Koala, kangur, bumerang, dingo, wombat (takie zwierzątko z rodziny torbaczy), tajpan (jeden z najgroźniejszych węży świata).
Dłuższa lista takich słów występuje w Wikipedii. Niektóre z nich przeniknęły do naszego języka w postaci niezmienionej, inne to spolszczone wersje angielskich odpowiedników.
Nie ma w tym zestawieniu słowa "aborygen". I słusznie, bo akurat ono nie ma nic wspólnego z Australią. Pochodzi z łaciny, znaczy tyle co tubylec, rdzenny mieszkaniec, ktoś żyjący tam "od początku" ("ab origine"). Anglicy parę wieków temu zaczęli w ten sposób określać australijskich krajowców i tak już zostało. Równie dobrze jednak moglibyśmy mówić o aborygenach europejskich czy afrykańskich.
Tychże aborygenów (niech już będzie) niedawno oficjalnie przepraszał rząd Australii. Za prześladowania, przymusową asymilację - czyli wszystko to, co miało miejsce od 1788 roku, kiedy to do Botany Bay wpłynęły brytyjskie statki z urzędnikami, marynarzami i skazańcami (miała tu powstać kolonia karna). I co relacjonuje Indigenous Australia (zwłaszcza w historycznym kalendarium).
Szczególnie przepraszali ich za los dzieci z mieszanych rodzin, które były siłą odbierane rodzicom i umieszczane w ośrodkach wychowawczych. W takich ośrodkach dzieci miały się "ucywilizować", czyli porzucić kulturę aborygeńskich przodków i przysposobić do życia wśród białych (w roli służących na przykład). Szczegółowy raport o tym trwającym całe dziesięciolecia (do lat 70-tych XX w.) procederze można znaleźć w Bringing them Home.