Internet według Doroty, czyli subiektywny przewodnik po ciekawych stronach WWW
RSS
piątek, 29 kwietnia 2005
Sztuka autobusowa

Fot. Peter Grant

Nikt nie dorówna Pakistańczykom w motoryzacyjnej sztuce zdobniczej. Twierdzę tak po obejrzeniu zdjęć Petera Granta (o którym więcej tutaj), fotografa, który podczas wypraw po tym azjatyckim kraju zetknął się z udekorowanymi w niezwykły sposób pojazdami i wiele z nich upolował obiektywem aparatu. Oto one: Pakistan’s Decorated Vehicles (strona się trochę rozjeżdża, więc na wszelki wypadek podaję wejście bezpośrednio do zdjęć).
Jest i geneza. Pakistańska tradycja dekorowania autobusów sięga lat 20-tych ub. wieku, kiedy to jedna z firm przewozowych poprosiła miejscowego artystę o ozdobienie swoich pojazdów. Mistrz dobrał sobie współpracowników z miasta Chiniot w Pendżabie – w tym wielu potomków artystów pracujących niegdyś przy zdobieniu pałaców. No i się zaczęło: na autobusach (i w środku) wykwitły oszałamiające malowidła i przyczepiane ozdobniki. Z czasem pomysł podchwyciły inne firmy (i inne formy transportu, nawet traktory), pojazdy zaczęły obrastać w dodatki drewniane, metalowe, plastikowe, zaczęto je oświetlać jak choinki – zresztą co ja będę mówić, zobaczcie sami.
środa, 27 kwietnia 2005
Za czym tęsknią Chińczycy


Z dedykacją dla Ooops!: kolekcja chińskich plakatów z lat 20 i 30-tych, Deco Orient. A na nich: wizerunki chińskich piękności (aktorek, piosenkarek z owych lat), kwiatowe ozdobniki i inne tradycyjne motywy. Zdobiły reklamowe kalendarze, były atrakcyjnym i pożądanym dodatkiem do produktów. Wisiały w niejednym domu i niejednym biurze.
Ale do czasu. Kiedy w Chinach zrobiło się czerwono, plakaty stały się symbolem „burżuazyjnej dekadencji”. Były konfiskowane i niszczone. Panie o delikatnych rysach, w powłóczystych szatach, w otoczeniu kwiatów musiały ustąpić „kobietom pracującym” (o chińskich plakatach z tego czerwonego okresu już kiedyś pisałam).
I to znowu trwało do czasu: Mao przeminął, Chiny trochę odpuściły i zakazane plakaty obecnie znów są w modzie, osiągając na aukcjach astronomiczne ceny. Wypłynęły na fali nostalgii za dawnym lepszym światem, kojarzącym się z „Paryżem Wschodu” – Szanghajem.
I jeszcze druga taka strona: Shanghai Kahoudou (także w angielskiej wersji). Też z galerią plakatów i zdecydowanie niepracujących pań.
niedziela, 24 kwietnia 2005
Pasta Emu każdemu

(z serwisu Poznań inaczej)

Reklama jest jak wino – im starsza, tym lepsza. To znaczy strawniejsza, bo już nie liczy się to co zachwalała, ale sam przekaz w stylu epoki.
W serwisie Polska motoryzacja 1918-1945 jest zbiorek archiwalnych reklam z gazet, w tym takie:
„Pański automobil jest uszkodzony i szuka Pan napróżno pomocy.
Dookoła nie widać żadnego domu. Dalsza podróż jest niemożliwa.
Powodem więcej niż 50 % defektów silnika jest niewłaściwe smarowanie tegoż. Czyście się przekonali Panowie automobiliści, że Wasz silnik jest właściwie smarowany?”
No urocze. A przy okazji proszę zwrócić uwagę na słowa „Panowie automobiliści”. Kobieta za kierownicą to było jak widać zjawisko rzadkie. Panie nie kierowały. Panie wożono.
Kącik starej reklamy ma też klimatyczny Poznań inaczej. Na pożółkłych kartkach zachwalany jest „wyrób polsko-chrześcijański” czyli pasta do butów Emu („Jesteś zadowolony / z pasty „Emu” / powiedz każdemu / że „Emu” pasta / najlepsza i basta!” – toż to przecież gotowy utwór hip-hopowy! Nic tylko mikrofon w garść i śpiewać). Albo „arcydzieło nowoczesnej techniki” czyli „tania przenośna maszyna do pisania Continental” („Nadzwyczaj miękkie uderzenie klawiszy, niebywale lekki bieg karetki” – jakbym reklamę laptopa zobaczyła). „MAGGIego zupy” (tu mi się coś skojarzyło do rymu, ale nie powiem co). Przy tej Maggi zresztą jest cała ideologia gotowania zup, zaczyna się tak: „Zupy, jako ważnej części składowej obiadu, nie można niczem zastąpić, przyrządzona ręką doświadczoną łączy w sobie dobry smak z pożywnością. Aby uprzystępnić jak najszerszym warstwom spożywanie zupy i zaoszczędzić mozolnej pracy przygotowawczej oraz czasu i opału na przyrządzenie zupy, wyrabia firma MAGGI Spółka z ogr. odp. w Poznaniu zupy w formie kostek”.
Po tej pożywnej zupie proponuję deser: dwie wystawy ze strony Warszawskiej Szkoły Reklamy. Artystyczne i wielojęzyczne archiwalia oraz parodie reklam („Causing domestic violence since 1366” – to z reklamy pewnego piwa).
sobota, 23 kwietnia 2005
Mikro w makro

Świtezianka błyszcząca, fot. Arkadiusz Stopa (Mała Galeria Makrofotografii)


Może nie każdy lubi oglądać biedronkę wielkości główki kapusty. Ja akurat lubię.
Ale na początek coś znacznie mniejszego od biedronki: pierwotniaki z galerii fotografii mikroskopowej Piotra Rotkiewicza. Udało mi się wyszukać pantofelka. Mój kolega twierdził, że pantofelki są zawsze uśmiechnięte. Coś w tym jest, rozbawiają mnie. Chyba ze względu na nazwę.
Co innego galeria Przyrodnika: nie rozbawia, ale zadziwia kształtami. Jakaś kopulasta struktura okazuje się okiem owada, jakaś gruba łodyga z zarostem to kawałek czułka, że już nie wspomnę o głowach owadów i pyłków roślin w powiększeniu, bo to już odlot zupełny. I to wszystko tak sobie koło nas żyje i lata?
Albo te kolory. Na fotografiach Marka Plonsky’ego, do których pozują żuki, mrówki, biedronki, muchy, pszczoły, ćmy i inne takie. Na zdjęciach makro Arkadiusza Stopy: kosmiczne ważki, chrząszcze z wypolerowanymi jak na defiladę pancerzykami, motyle. W Macro & Micro wreszcie, z sekwencjami zdjęć pokazujących owady w locie i w zbliżeniach motylich skrzydeł.
Tagi: przyroda
12:49, dogin
Link Komentarze (1) »
czwartek, 21 kwietnia 2005
Z Melku i z Tyńca


Łacińskie „bene dicere” znaczy dosłownie „mówić dobrze”. Z tego wywodzi się rodzina słów, w tym imię Benedykt (Benedictus - błogosławiony).
I oczywiście benedyktyni - zakon, który współtworzył europejską kulturę. W internecie jest wiele ich stron, ale najlepszym przewodnikiem po sieci istniejących do dziś benedyktyńskich klasztorów jest atlas OSB International, zawierający adresy opactw i domów według kontynentów i państw. Wielojęzyczny, w polskiej wersji też jest.
Austrię reprezentuje tu na przykład opactwo w Melku, kojarzące się z „Imieniem róży” Umberto Eco (bo narrator tej opowieści to Adso z Melku). Można je zwiedzać wirtualnie, z zewnątrz i od środka.
Włoskich klasztorów i innych ośrodków jest tu 211, na czele z najsłynniejszym (bo związanym z postacią założyciela zakonu, św. Benedyktem) Monte Cassino.
Bliżej nas: Pannonhalma - węgierski klasztor, którego początki sięgają roku 996 (bo właśnie wtedy książę Geza sprowadził z Czech mnichów i pozwolił im osiąść na tym miejscu).
No i Polska. A jak Polska, to podkrakowski Tyniec, w którym mnisi modlą się, pracują (np. tłumaczą Biblię) i śpiewają chorały (a jak je śpiewają, posłuchacie tutaj). Albo ogólnie Benedyktyni.pl - pod tym adresem jest wszystko, co najważniejsze o działalności zakonu z dewizą „ora et labora”.
poniedziałek, 18 kwietnia 2005
Czerwoni Khmerzy

Więzień z Tuao Sleng, imię i nazwisko nieznane

W kwietniu 1975 roku Czerwoni Khmerzy (komunistyczne ugrupowanie dowodzone przez Pol Pota) zajęli stolicę Kambodży – Phnom Penh. I zaczęli urządzać świat po swojemu, od zera, odcinając przeszłość, a wraz z nią tych, którzy nie chcieli się tym nowym regułom podporządkować.
Zlikwidowano instytucje i fabryki, zniszczono szpitale, zlikwidowano pieniądz. Ludność z miast wygnano do obozów pracy na wsi: tu mieli się pozbyć zgubnych wpływów starej cywilizacji, dawnego wykształcenia. Kto nie chciał się podporządkować, musiał zginąć. Zresztą wielu nie pytano o to czy chcą: zabijano ich dla zasady: by zmniejszyć liczbę „skażonych” dawnymi nawykami. Powodem do egzekucji mógł być sam fakt posiadania wykształcenia (a jego dowodem: np. fakt noszenia okularów). By oszczędzić cenną amunicję, zabijano tradycyjnymi sposobami: maczetą, motyką. Do 1979 roku Khmerzy uśmiercili ok. 1.7 milionów ludzi (21 procent ludności Kambodży).
The Cambodian Genocide Program dokumentuje to ludobójstwo (które to już?) dokonane pod czerwonymi sztandarami. Publikuje opisy, mapy i zdjęcia więźniów. Popatrzcie na te fotografie: co innego mówić o milionach ofiar a co innego patrzeć w oczy konkretnych ludzi.
Wielu zginęło na zaminowanym pasie ziemi na granicy z Tajlandią. Przedarł się przez nie uciekający z obozu pracy Dith Pran - jego opowieść posłużyła za kanwę słynnego filmu The Killing Fields (“Pola śmierci”). Kto oglądał zapewne pamięta scenę w której uciekający Pran wpada do błotnistego dołu wypełnionego czaszkami. I kiedy dostrzega, właściwie my dostrzegamy, pole z tysiącami szkieletów, miejsce masowych egzekucji.
Scena-symbol: oto ten nowy wspaniały czerwony świat.
sobota, 16 kwietnia 2005
Skamieniały las


Ciekawa wycieczka w przeszłość: strona o Skamieniałym drewnie. Czyli o drzewach, które rosły miliony lat temu (najstarsze mają nawet 380 mln lat), uległy petryfikacji i dziś w takiej właśnie postaci wyłaniają się nam spod zwałów ziemi. Czasem są to całe pnie stojące na baczność, czasem małe odłamki.
Skamieniałe drzewo nabiera kolorów. W zależności od tego, jakie minerały w nie wniknęły, zabarwia się na zielono, niebiesko, różowo, purpurowo, czarno, żółto, pomarańczowo, brązowo. Wiele takich okazów kolekcjonerskich można pooglądać w tutejszej galerii.
Trafiła tu również ciekawostka: okaz ze skamieniałym kornikiem. Jadł to drewno i nie zauważył biedak, że jego samego zjada czas?
czwartek, 14 kwietnia 2005
Wiosną przylaszczki rosną

Rannik zimowy, fot. Krzysztof Ziarnek (Lonicera)

Na wiosnę (i nie tylko) dobra jest Salamandra. Podpowiedzą jak chronić gniewosza i jak leczyć nietoperze. Dzięki nim można nawet polubić pluskwiaki (zażartkowate, dziubałkowate lub zajadkowate, zwłaszcza zajadka domowego. Zawsze uważałam, że przyrodnicy to ludzie z poczuciem humoru).
Bocian informuje o planowanym tegorocznym szukaniu pójdźki (sowy) i wynikach ostatniego liczenia bocianich gniazd.
A ciekawa botaniczna Lonicera pisze o wiosennych kwiatkach: przylaszczkach pospolitych lub rannikach zimowych (trujących zresztą).
Serwuje też rekordy świata roślin oraz „zepsute owoce edukacji”, czyli złote myśli z kolokwium. Parę przykładów:
Owocem zbiorowym jest np. agrest, bo się go zbiera.
Koszyczek - kwiatostan o osi przypominającej "sklepany nit".
Pytanie: Opisz budowę wtórną łodygi rośliny dwuliściennej na przykładzie kokornaku. Odp.: Korkoran jest to roślin wodna, która opanowała nasze wody.
Liść ma budowę taką jak łodyga z tym, że stanowi jej połowę.
I inne takie...
wtorek, 12 kwietnia 2005
Koptowie z ziemi egipskiej

Klasztor Archanioła Gabriela w Fajum (Tour Egypt)

Był taki moment w czasie pogrzebu Jana Pawła II, kiedy zrobiło się bardzo orientalnie. Wokół Jego trumny ustawili się patriarchowie katolickich kościołów Wschodu, a modły w ich imieniu odprawił najstarszy - Stephanos II Ghattas, patriarcha koptyjski. Powiało historią: te orientalne szaty, śpiewy i twarze przypomniały, skąd przyszło chrześcijaństwo, jak się krzewiło i gdzie wciąż istnieją najstarsze wspólnoty.
Koptowie. Egipscy chrześcijanie. Kościół założony przez świętego Marka: początkowo działający w Aleksandrii, z czasem zdobywający wyznawców aż po Sudan i Etiopię. Po soborze w Chelcedonie w 451 roku (który potępił monofizytów – kładących nacisk na boską i pomniejszający ludzką naturę Chrystusa) podzielony na ortodoksyjny z własnym papieżem (aktualnie jest to Shenouda III) i wierny Rzymowi katolicki; z czasem pojawił sie też odłam protestancki (więcej o koptyjskiej historii: w Wikipedii po polsku lub jak kto woli w bardzo obcym języku).
W folderach turystycznych Egipt to przede wszystkim piramidy i świat faraonów. Kto się już nasyci ich widokiem, może zechce spojrzeć na niezwykłe koptyjskie kościoły i klasztory (także w Coptic Architecture). Popatrzeć w twarze świętych z koptyjskich malowideł, postudiować ornamenty z tkanin, architektoniczne detale.
Albo wejść w świat symboli i sztuki. To charakterystyczny koptyjski krzyż – staroegipski symbol życia, Ankh i pokrewne ozdobne symbole. Koptyjskie manuskrypty lub inne dzieła sztuki wystawiane w muzeum kultury koptyjskiej w Kairze.


Kodeks Synajski – ze zbiorów klasztoru Świętej Katarzyny

Na koniec jeszcze coś niekoptyjskiego: Szukałem Was. Strona która zrodziła się w ubiegłym tygodniu, z potrzeby zapamiętania tego co się wydarzyło. Zobaczcie.
sobota, 09 kwietnia 2005
„I tak będzie znów”


Tylko kardynałowie znają szczegóły konklawe. Tylko oni wybiorą 265-ego papieża, tak jak robili to ich poprzednicy.
The Cardinals of the Holy Roman Church zawiera imiona wszystkich, tych dawnych i obecnych. Wymienia ich według konklawe w którym uczestniczyli, według krajów i innych kryteriów: to długa procesja imion, życiorysów i dat zaświadczająca o ciągłości tradycji.
Podobny pochód (ale obejmujący także biskupów i diecezje) zawiera też The Hierarchy of the Catholic Church. Są w tym gronie uczestnicy najbliższego konklawe.
Wiadomo więc kto będzie wybierał. Wiadomo też gdzie: w Kaplicy Sykstyńskiej, pod freskami Michała Anioła (które można studiować także na watykańskiej stronie).
To wszystko dopiero się wydarzy, ale przecież Jan Paweł II już to opisał w „Tryptyku Rzymskim”:
„Tu es Petrus – usłyszał Szymon, syn Jony.
‘Tobie dam klucze Królestwa’
Ludzie, którym troskę o dziedzictwo kluczy powierzono,
zbierają się tutaj, pozwalają się ogarnąć sykstyńskiej polichromii,
wizji, którą Michał Anioł pozostawił -
Tak było w sierpniu, a potem w październiku pamiętnego roku dwóch konklawe,
i tak będzie znów, gdy zajdzie potrzeba,
po mojej śmierci.”
 
1 , 2