Internet według Doroty, czyli subiektywny przewodnik po ciekawych stronach WWW
RSS
sobota, 29 kwietnia 2006
Dziś nie biją

1 Maja 82 w Gdańsku. Święto pracy ZOMO

Chodźcie z nami, Dziś nie biją. 1 maja 1982 roku, w Gdańsku, na ulicy Rajskiej i Podwalu Grodzkim jednak bili. Dla przypomnienia: zdjęcia z tej demonstracji, zebrane przez Rafała Merka.
I dla symetrii coś z drugiej strony barykady: Niech się święci 1 Maja, czyli tekst o tym, jak władza ludowa w Krakowie przygotowywała się do oficjalnych obchodów.
„Zabezpieczenie operacyjne” trybuny i marszu (pracujące przy tym służby posługiwały się hasłem „Barbakan”, odzew brzmiał „Broń”). Broszurki z instrukcją obsługi pierwszomajowej imprezy, z hasłami (Pozdrawiamy bratnie narody krajów socjalistycznych! Potępiamy brutalne pogwałcenie suwerenności i neutralności Kambodży!, Potępiamy zbrodnicze akcje soldateski izraelskiej!), opisami kolejności i liczebności delegacji. Na1 Maja trzeba było też rozpracowywać elementy wywrotowe. I badać nastroje mieszkańców.
Albo je poprawiać przy pomocy mięska i banana: „Dodatkowo w dniach poprzedzających święto pracy zostanie przeznaczone na rynek 250 ton mięsa (w tym ok. 100 ton wieprzowiny), 210 ton wędlin (w tym ok. 30 ton szynki gotowanej, 8 ton szynki porcjowanej i 7 ton szynki konserwowej). Zwiększone zostały również dostawy do sklepów drobiu o ok. 30 %. Z towarów importowanych na rynek trafi 80 ton pomarańczy oraz 80 ton bananów.”
Tagi: historia
13:56, dogin
Link Komentarze (2) »
piątek, 28 kwietnia 2006
Świat zamapowany

Świat turystów według Worldmappera

"The world as you’ve never seen it before” – to właśnie obiecuje kartograficzna ciekawostka o nazwie Worldmapper. To zbiór kilkudziesięciu map świata, na których kontynenty zmieniają kształty w zależności od zadanych kryteriów. Raz puchnie Azja, raz chudnie Ameryka, kurczy się lub rozdyma jak ropucha Europa – wszystko po to, aby pokazać, gdzie najlepiej rozwinięta jest np.sieć dróg, które kraje zarabiają najwięcej na turystyce, gdzie się najwięcej jeździ motocyklami lub pociągami, kto importuje najwięcej alkoholu i tytoniu itd. „Polski ślad” jest na mapie pokazującej kraje z najbardziej ruchliwymi obywatelami, podróżującymi po świecie (Ameryka cieniutka jest przy Europie, oj cieniutka...).
Tagi: ciekawe
02:06, dogin
Link Dodaj komentarz »
sobota, 22 kwietnia 2006
Nazwy niepospolite

Strażacy włoscy. Z Włoch pod Warszawą

Byliście w Wielkich Oczach? Bo ja nie. Nawet nie wiedziałam, że istnieją. I dlaczego tak się własnie nazywają. Dlaczego Wielkie i dlaczego Oczy?
Wielkie Oczy piórem Krzysztofa D. Majusa wyjaśniają: „Jak głosi popularna miejscowa legenda - nazwa miasteczka pochodzi od dwóch, nieistniejących już stawów, pomiędzy którymi leżały pierwotne zabudowania osady. Znana jest także nieco odmienna wersja, według której na miejscu dzisiejszej miejscowości były kiedyś niedostępne moczary i stawy, na których znajdowały się wysepki, mające wygląd oczek. Na największej z nich, na ‘wielkim oku’, powstały Wielkie Oczy”.
Stawy albo wysepki. Z ciekawej perspektywy ktoś popatrzył na tą osadę, zanim ją tak właśnie ochrzcił.
Tak przy okazji: strona też interesująca, z wszystkim co trzeba, z historią, z opowieściami o ludziach, mapami starymi, pieczęciami dawnych instytucji, dokumentami (w tym aktem lokacyjnym z 1671 roku, zawiadamiającym „wszystkich zainteresowanych razem i każdego z osobna, obecnie i w przyszłości”. Poczułam się zawiadomiona).
Wracając do osobliwych nazw: Królik Polski i Wołoski. Kiedyś jedna podkarpacka osada, pierwotnie zwana Johanowa (od imienia sołtysa z Jaślisk), potem Królikowa (lub Karlikowa, „być może od przezwiska, albo wyglądu sołtysa” – wyjaśniają).
Albo Włochy, te podwarszawskie. O pochodzeniu swojej nazwy mają parę hipotez: wywodzą ją od założyciela wsi, kmiecia Jana zwanego Włochem; od wojsk włoskich które miały stacjonować opodal, od włoskich rzeźbiarzy.
Właściwie co krok to jakaś ciekawa nazwa się trafia. Dajcie znać, jeśli też traficie: na mapie, w świecie lub w internecie.
czwartek, 20 kwietnia 2006
No surrender

Hiroo Onoda - żołnierz, który poddał się 29 lat po oficjalnej kapitulacji Japonii

Pod koniec wojny Japonia miała na zamorskich frontach 3 miliony żołnierzy. Większość w Chinach, resztę na wyspach Pacyfiku. Właśnie tam, na wyspach, zdziesiątkowane i odcięte przez aliantów oddziały zaszyły się w dżunglę i czekały na rozkazy. Trwały tak w oczekiwaniu - na transport, na nowe zadania - miesiącami, nie wiedząc, że wojna dawno się już skończyła i nikt o nich nie pamięta. Niektórzy żołnierze ukrywali się przez dziesięciolecia. Nawet jesli jakimś cudem dotarła do nich wieść o kapitulacji Japonii, nie przyjmowali jej do wiadomości i tkwili dalej na posterunku. "Poddanie się" było bowiem sprzeczne z kodeksem bushido, było niehonorowe.
Ich historie przypomina No Surrender - Japanese Holdouts. Na przykład historię kaprala Shoichi Yokoi, dla którego wojna zakończyła się w 1972 roku na wyspie Guam. Yokoi figurował na listach poległych, więc nikt go po wojnie nie szukał. Mieszkał w ziemiance, polował, sam robił sobie ubranie. O końcu wojny wiedział od lat 50-tych, ale jak twierdzi bał się wyjść z ukrycia.
Porucznik Hiroo Onoda skapitulował dwa lata później na Filipinach. Na początku było ich tam czterech, jego towarzysze kolejno poumierali. Onoda nie chciał skapitulować, żądał rozkazu poddania od swojego dowódcy. Dopiero gdy go otrzymał, w marcu 1974 roku wyszedł z dżungli uzbrojony w karabin, amunicję i granaty.
Nie wiadomo, ilu było takich zapomnianych żołnierzy. Ilu zmarło w przeświadczeniu, że wojna nadal trwa. Albo takich którzy wiedzieli, ale mimo to się nie poddali.
sobota, 15 kwietnia 2006
Egzotycznie i barokowo


Procesja w Sewilli. Fot. Francisco Santiago (Arte Sacro)

Z dalekiej Gwatemali: Galeria del Cucurucho. A w niej fotograficzna relacja z obchodów Wielkiego Tygodnia i poprzedzającego święta okresu postu.
Procesje z figurami świętych, idące ulicami miast. Barwne dywany usypywane na drogach (z trocin – o ile dobrze rozumiem). Z barokowymi (pod względem bogactwa ornamentyki) figurami Chrystusa. Z przygotowywanymi w kościołach stacjami, w których występują też postacie zakapturzonych członków bractw. I oni sami, w jednobarwnych strojach, niosący na swoich barkach święte figury albo krzyże. I gdzieś wśród nich tacy, którzy jescze nic nie niosą, ale sami są noszeni.
Nie trzeba być znawcą, aby wypatrzeć tu wielowiekowe wpływy hiszpańskie. W tej ornamentyce właśnie, barokowości i realiźmie.
Madridejos zaświadczy. Ogromnymi pokładami zdjęć z tegorocznych i ubiegłorocznych rytuałów z Semana Santa (Wielkiego Tygodnia).
Arte Sacro też, w relacjach z Sewilli, tamtejszych misteriów i procesji i wyobrażeń Ukrzyżowania.
czwartek, 06 kwietnia 2006
Wyspy ufortyfikowane

Pozostałości zamku Dolbadarn z 13 w., fot. Mathew Rees

Selside Hall wygląda jak zwykła farma: solidny kamienny dom wśród wzgórz, wokół łąki z pasącymi się owcami. Sielsko i wiejsko. No tak, ale ten dom sięga pamięcią do 13 wieku; dwie wystające nad dachem wieżyczki dobudowano w wieku 15-tym. Niezły kawałek historii, jak na wiejską farmę.
Swoją drogą to brytyjska specyfika - ta niesamowita ciągłość tradycji, zapisana także w murach. Ostatni udany najazd na Wyspy miał miejsce w 1066 roku, dokonał go potomek Wikingów, władca Normandii Wilhelm Zdobywca. Potem już Wyspy skutecznie opierały się próbom inwazji. Mury miały szansę trwać, przynajmniej te, które czemuś (i komuś) służyły. Zagrażały im tylko wojny domowe.
Castles and Fortifications of England and Wales opisuje siedemset angielskich i walijskich zamków, ufortyfikowanych domostw, pałaców biskupich i wież. To dwa tysiące lat historii Wysp, najstarsze opisane tu obiekty sięgają czasów rzymskich, jak umocnienia na granicy ze Szkocją, z pozostałościami Muru Hadriana (który miał powstrzymać mieszkających na północy wojowniczych Piktów). Jest tu fajnie pomyślana mapa - po kolejnych kliknięciach pojawiają się na niej punkty odpowiadające kolejnym fazom fortyfikowania kraju - widać wyraźnie, jak wiele tego powstawało i jak zmieniały się priorytety obronne (bo raz umacniano wybrzeża, raz północne rubieże). I tak aż po czasy nowożytne, z ich rozrośniętymi cytadelami, bateriami armat, fortecami przy wybrzeżach i wreszcie współczesnymi podziemnymi schronami.
wtorek, 04 kwietnia 2006
Miasto Oceania


Taka odkurzona ciekawostka sprzed kilkunastu lat: The Atlantis Project. Pomysł wybudowania pływającego miasta nazwanego Oceania. Na potrzeby projektu Jim Albea zrobił serię obrazków przedstawiających ten twór z różnych stron, z góry i z dołu (czyli z poziomu morza), poszczególne segmenty, kompleksy mieszkaniowe, mosty i wszystko co tam miało się znaleźć. I co nigdy nie powstało, "due to lack of interest", jak piszą.
Ja się tylko zastanawiam czy "Atlantis" to aby dobra nazwa była dla projektu nowego miasta. Atlantyda przecież przepadła, zaginęła. Został po niej tylko mit.
A po tym projekcie - tylko strona internetowa.
Tagi: miasta
14:38, dogin
Link Komentarze (1) »