Internet według Doroty, czyli subiektywny przewodnik po ciekawych stronach WWW
RSS
poniedziałek, 30 maja 2005
Cystersi

Ruiny opactwa Orval, Fot. Henri Gaud, (Cister.net)

Benedyktyni już tu kiedyś byli, teraz pora na cystersów. Pierwsi wzięli nazwę od Świętego Benedykta i jego reguły, drudzy od miejsca w którym powstał ich pierwszy klasztor. Początki mieli dość burzliwe – w 1098 roku w imię powrotu do pierwotnych ideałów zakonnych, ubóstwa i prostoty grupa zakonników pod wodzą św. Roberta z Molesme opuściła opactwo benedyktyńskie i dała początek wspólnocie Citeaux (w łacinie Cistercium, stąd nazwa). Asceza, rezygnacja z przywilejów, praca fizyczna, samowystarczalność – tak chcieli żyć. Zmienili kolor habitów (na biały), uprościli liturgię, zrobili rewolucję w architekturze. Ich kościoły miały być proste, pozbawione ozdób i obrazów, a także dzwonów (dlatego nie miały wież). Wielki wpływ na określenie tych zasad miał Św. Bernard z Clairvaux - ten sam, który m.in. powołał do życia zakon templariuszy. Ta programowa architektoniczna prostota zachwyciła wieki później Le Corbusiera, wzorował się na niej projektując dominikański klaszor Sainte Marie de la Tourette.
Dość szybko cystersi trafili do Polski, pierwszy klasztor założyli w 1140 roku w dzisiejszym Jędrzejowie, a później m.in. istniejące do dziś opactwo w podkrakowskiej wówczas Mogile (na tutejszych cysterskich posiadłościach stanęła Nowa Huta). Większość ich klasztornych wspólnot przestała jednak istnieć po rozbiorach Polski – zaborcy z upodobaniem kasowali zakony, ogołacając przy okazji ich biblioteki i archiwa.
Co z cysterskich zabytków warto zobaczyć w Europie? To już można sprawdzić w przewodniku Cister.net (najlepiej według krajów). Najwięcej jest tu klasztorów francuskich (w końcu to matecznik zakonu) i belgijskich. Warto zwiedzić np. Fontenay, ciekawa jest także strona brytyjskiego projektu The Cistercians in Yorkshire, ze szczegółowymi opisami, planami i trójwymiarowymi modelami pięciu opactw z tego hrabstwa.
I na koniec polecam stronę o pierwszym klasztorze, jaki powstaje w Czechach po upadku komunizmu. Właśnie cysterskim, wznoszonym w Nowym Dworze. Było o nim głośno w gazetach i pismach o architekturze także z powodu autora projektu, znanego brytyjskiego architekta Johna Pawsona. O samym jego projekcie można poczytać tutaj, deklarują tam wierność zasadom określonym przez Św. Bernarda: “design remains true to the spirit of St Bernard's twelfth century architectural blueprint for the Order, with its emphasis on the quality of light and proportion, on simple, pared down elevations and detailing”.
Tagi: historia
22:03, dogin
Link Komentarze (2) »
sobota, 28 maja 2005
Gargulce górą

Zmodyfikowany brytyjski gargulec z kościoła Sw. Małgorzaty w Kings Lynn (GaRgOyLes)

Gargulce, lub jak kto woli rzygacze – to można zobaczyć, kiedy się zadrze do góry głowę i popatrzy na zewnętrzne ściany średniowiecznych kościołów. Wystają daleko poza mury, mają szeroko otwarte paszcze z których w czasie deszczu tryska woda. Bo gargulce to po prostu zwieńczenie rynny, ich zadaniem było odprowadzenie ściekającej z dachu wody daleko od murów i fundamentów budowli.
Barwniejsze wytłumaczenie ich obecności serwuje Northstar Gallery. Przytacza francuską legendę o smoku Gargulcu (La Gargouille), potworze z długą szyją i błoniastymi skrzydłami, który mieszkał w jaskini nad Sekwaną i, zupełnie jak nasz smok wawelski, nękał ludność pobliskiej osady, czyli Rouen. Ludność corocznie składała mu ofiary, zazwyczaj kryminalistów. Aż zjawił się pogromca – św. Roman, który znakiem krzyża ujarzmił bestię i przyprowadził ją do miasta na smyczy; tu smok poszedł na stos, ale jego paszcza i szyja była już tak przepalona od zionięcia ogniem, że spłonąć nie chciała. Zatknięto ją więc na murach, a potem powielano wizerunki paszczy bestii na innych średniowiecznych budowlach.
Jakby ktoś chciał bardziej naukowo pozgłębiać temat, to polecam materiały z wykładów Clarissy Steger, o gargulcach i innych kamiennych potworach w średniowiecznej Anglii. Albo też brytyjską GaRgOyLes.
Zatrzęsienie gargulców jest na belgijskiej stronie Gargouilles, ze zdjęciami kościołów Francji i Belgii i architektonicznych detali. Czego tu nie ma: lwy z rogami, maszkary grające na lutni, istoty ludzkie i półludzkie, wielogatunkowe hybrydy. A każdy inny, bo w średniowieczu dbano o szczegóły i niepowtarzalność detali.
Ale gargulce to nie tylko średniowiecze i nie tylko przeciwdeszczowa ochrona murów, powstawały również w innych epokach i współcześnie też powstają, choć w innej funkcji, czysto dekoracyjnej. Rzeźbi je na przykład ten pan z Chicago, a inny, The Gargoyle Hunter łowi – wypatruje ich na budynkach Filadelfii i innych amerykańskich miast.
środa, 25 maja 2005
Prostudujte sobie

Ku rozweseleniu serc: rozbrajający tekst z odkrytej przypadkiem czeskiej strony. W zamyśle był po polsku, ale najwyraźniej ktoś użył do tłumaczenia programu i oto co wyszło:
„Akcja internet
Szukać sposób jak:
- mieć więcej osobisty wolnosci
- zarabiac wiecej pieniedzy
- miec pierwszorzedny zyciowej fason
Lub:
- Wam brakowac siebie - urzeczywistnienie
- chcieć kłócić się własnym szefem
- Was dotychczasowy zajęcie luzem
- Wasz zarobek rozchodzić się Vasemu wsadzenie
albo tylko chcieć poznać nowej rzeczy a naród
Następnie właśnie wam jest określony nasze propozycja. Nejde o żaden sztuke albo oszustwo, ale podpis uwierzytelniony a legalny sposób praca sprawować w domu z pomocą komputery a Internetu. Prostudujte sobie starannie cały informacja i zamówiony sobie podkładka pod prace.
Nasz system jest lata sprawdzić, zależy tylko na waszym uchwała.”

Utwór można obejrzeć tutaj. I żeby było jasne: forma tu jest ciekawa, nie treść, odradzam klikanie i korzystanie z oferty, żeby się potem nie okazało, że „Wasz zarobek rozchodzić się Vasemu wsadzenie” :-)
Tagi: ciekawe
11:07, dogin
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 23 maja 2005
Cykliści

Ze zbiorów Plymouth Historical Society

Dla miłośników rowerów: The Wheelmen, nostalgiczna strona o cyklistach, antycznych maszynach oraz ich współczesnych wielbicielach. Ze zdjęciami cyklistów i cyklistek (w sukniach po kostki, a jakże) na welocypedach i pomniejszych „kołowcach” oraz innymi „memorabiliami”.
I równie nostalgiczna galeria plakatów z 19 wieku, z rowerowymi motywami. Podobne starocie zbiera Jim Langley: ma w (kolekcji np. stare reklamy, okładki pism i firmowe plakietki z ram. Na jego stronie znalazł się też tekst o rowerowych mitach i rzeczywistych wynalazkach, które otwiera „Laufmaschine” barona von Drais z 1817 roku (przez Anglików zwana „Hobby Horse”) – dwukołowy pojazd bez pedałów, którym się właściwie szło na siedząco a nie jechało.
W uzupełnieniu coś polskiego, ze strony Zbooya: historyczne ciekawostki i zakurzone biblioteczne starocie. Na przykład: definicja welocypedu: „kołowiec, powóz, w którym jeździec sam stanowi siłę poruszającą, a którego równowaga utrzymuje się pod wpływem siły odśrodkowej, jak w giroskopie” („S. Orgelbranda Encyklopedja Powszechna z ilustracjami i mapami z roku 1903).
Dalej krakowski „regulamin jazdy na kole” z 1899 roku, przez „c.k. Dyrekcyę Policyi” wydany, który stanowił iż: „Koło każdego typu uważa się pod względem przepisów policyjnych za wóz lekki, tem samem więc obowiązuje kolarza porządek jazdy powozów przepisany dla Krakowa”, określający szybkość („Nie wolno jechać szybko t.j. w tempie przewyższającym chyżość raźnego kłusu koni”) albo procedury zatrzymania: „Na wezwanie c.k. organów Policyi lub Magistratu winien każdy kolarz zsiąść z koła i wylegitymować się (kartą legitymacyjną, paszportem, kartą wizytową i t.p). Jeśli nie może wylegitymować się, winien udać się ze strażą do najbliższego lokalu Władzy bezpieczeństwa i tam na żądanie złożyć koło, dla zabezpieczenia grzywny.”
Albo coś z powojennych czasów, fragment wstępu do przewodnika Czesława Piskorskiego „Szlak kolarski Zachodnim brzegiem Bałtyku”, z 1955 roku. Zgodnie z ówczesną praktyką autor musiał złożyć daninę ludowej władzy i geniuszowi przywódców (choćby pisał o uprawie truskawek), więc i tutaj złożył, pisząc:
„Turystyka rowerowa pozwala nam na poznanie radosnej i twórczej rzeczywistości w Polsce Ludowej. Rower dowiezie nas do wsi spółdzielczych, Państwowych Ośrodków Maszynowych, do rosnących wysiłkiem klasy robotniczej i całego narodu wspaniałych budowli socjalizmu. Turystyka kolarska dzięki swoim zaletom przyczynia się do realizacji wielkiej misji społecznej jaką jest poznanie ojczystego kraju, gdyż jak powiedział Bolesław Bierut: "Tylko poznawszy swój kraj można jak najbardziej gorąco kochać go, poznawszy swój kraj, można naprawdę owocnie dla niego pracować".
I jeszcze to:
„Pamiętajmy, że kolarstwo turystyczne przyczynia się do rozwoju tężyzny fizycznej obywateli, a tym samym do podniesienia obronności naszego kraju”.
Pedałujcie więc, podnosząc obronność, w tempie nie przewyższającym chyżość raźnego kłusu koni...
Tagi: ciekawe
12:08, dogin
Link Komentarze (3) »
piątek, 20 maja 2005
Maski włóż!

Radziecka maska dla konia

Myślałam że wszystkie maski przeciwgazowe wyglądają tak samo. A tu się okazuje, że ile krajów tyle modeli, czego dowodem austriackie Gasmaskmuseum - muzeum masek (witające gości oryginalnym zdjęciem wojskowej latryny z użytkownikami).
Poukładano te eksponaty według krajów: maski amerykańskie (osobno wojskowe i cywilne, tj. np strażackie), japońskie, chińskie, włoskie, francuskie, szwedzkie, bułgarskie, izraelskie i wiele wiele innych. Od najstarszych modeli, zwłaszcza z I wojny światowej, po współczesne. Polskie też są - najstarszy model pochodzi z 1920, został wyprodukowany przez Wojskową Wytwórnię Sprzętu Przeciwgazowego, i opatrzony pieczątką LOPP, czyli Ligi Obrony Powietrznej Państwa – w 1928 roku przemianowanej na Ligę Obrony Powietrznej i Przeciwgazowej (ów skrót przetłumaczono tu zabawnie jako „Liga Obrony Powitzony Paustawa”).
Z wypatrzonych ciekawostek: maski i skafandry dla dzieci i niemowląt (na starych zdjęciach instruktażowych widać całe rodziny: mama, tata, dziecko – wszyscy zamaskowani jak kosmici). Albo inna ciekawostka: maski dla konia, które można znaleźć np. w sali z eksponatami dawnego ZSRR. Okularki na oczy, wór z dwoma filtrami na pysk – i koń gotowy był do boju.
I przy okazji jeszcze polski serwis edukacyjny o maskach. Opisuje modele, tłumaczy dlaczego żołnierze i strażacy powinni być ogoleni (bo brodatym maska do twarzy źle przylega), ale zawiera i takie „przyjazne inaczej” instrukcje:
„Czy wiesz, że... zachodzi kompatybilność sprzętowa gwintów filtropochłaniaczy i węża oddechowego masek MUA i MC-1 * ? Dzięki temu w razie potrzeby można pomiędzy posiadanymi maskami obydwu typów wymieniać potrzebne elementy z tym, że maskę MC-1 z filtropochłaniaczem BSS Mo4u należy stosować z użyciem oryginalnej torby MUA, której wymaga użytkowanie filtropochłaniacza BSS”.
Tagi: ciekawe
19:20, dogin
Link Komentarze (3) »
środa, 18 maja 2005
Twarze Afryki

Partyzant z Sierra Leone. Fot. Guy Tillim

Zaniosło mnie tym razem do Afryki Południowej, a to za sprawą dwóch internetowych galerii. From South Africa with Love to pierwsza z nich, ze zdjęciami Sue Johnson. Pokazuje mały światek Khayelitsha – murzyńskich slumsów koło Cape Town, jednej z wielu „pamiątek” po apartheidzie (wtedy czarna ludność nie mogła osiedlać się w miastach). Przewodnikiem po tym skupisku bud z blachy falistej była kobieta imieniem Momtolo, mieszkająca tu od 20 lat, posługująca dwa razy w tygodniu u białej rodziny w Cape Town (u nich nosi imię Sylvia). To dzięki niej Johnson mogła sfotografować mieszkańców tych bud i dopowiedzieć obrazy słowami – pisząc kim są i jak żyją.
Druga galeria Michaela Stevensona istnieje fizycznie, ma swoją siedzibę w Cape Town, organizuje wystawy południowoafrykańskiej sztuki - fotografii historycznej i współczesnej, malarstwa.
Wystawiał tu na przykład Guy Tillim, autor fotograficznych portretów Johannesburga, kongijskiego cyklu Leopold and Mobutu oraz portretów afrykańskich żołnierzy (Soldiers).
Były też wystawy tematyczne. Na przykład Staged Realities, pokazująca, jak od 1870 roku zmieniały się konwencje przedstawiania rodzinnych więzi, władzy albo ludzkiego ciała („Images of naked black girls and women were acceptable voyeuristic and erotic images because the subjects were exotic in European eyes.” – no właśnie, „egzotyczność” usprawiedliwiała nagość, wystarczy pomyśleć, co by było, gdyby w wiktoriańskiej Anglii drukowano zdjęcia nagich białych kobiet).
I jeszcze ciekawostka z innej wystawy: Pieter Hugo i jego zdjęcia „ludzi z hienami”. Czyli portrety grupy Nigeryjczyków wędrujących po kraju z trzema hienami (trzymanymi na łańcuchu, w kagańcu), dwoma pytonami i czterema małpami.
poniedziałek, 16 maja 2005
Chińska reklama


Co można wyczytać z chińskich billboardów? Jaką treść przekazują krzaczaste znaczki wypełniające płachty plakatów? Jakie obrazy im towarzyszą, co symbolizują, do jakich wyobrażeń się odwołują?
Szukaniem odpowiedzi na te ciekawe pytania zajmują się od lat na Rice University, w ramach projektu Transnational China. Zgromadzili niezłe archiwum zdjęć z chińskich ulic. Pokazują na nich, w jakich kontekstach wykorzystywane są wizerunki historycznych i mitycznych postaci, jak w uliczny przekaz wciska się rządowa propaganda (dotycząca cnót obywatelskich lub kontroli urodzeń). Albo jak wyglądają uliczne reklamy wielkich międzynarodowych korporacji i oferowanych przez nie dóbr (nawiasem mówiąc te znaki firmowe sterczą jak wyspy na chińskim morzu i są jedynym rozpoznawalnym i znajomym punktem w gąszczu niezrozumiałych symboli. Niezrozumiałych dla obcokrajowca nieznającego języka rzecz jasna).
piątek, 13 maja 2005
Tu Polskie Radio

Rok 1926. Aktorka scen warszawskich Maria Gorczyńska i nowoczesny odbiornik firmy PTR - model 5LB (plus zasłuchany jamnik). Ze zbiorów Maurycego Bryx’a

„Radio kryształkowe typu szpulowego”, odbiornik detektorowy, wyposażone w wielką tubę „Philradio Kraków” – wiele takich antyków o zadziwiających kształtach kryje ciekawa kolekcja Maurycego Bryx’a. Te najstarsze konstrukcje (z lat 20-tych) z odbiornikiem radiowym się nijak nie kojarzą, przypominają raczej sprzęt dla krótkofalowca. Z czasem normalnieją, zamieniają się w ozdobne drewniane skrzyneczki ustawiane na poczesnym miejscu w salonie i otaczane z nabożeństwem przez słuchaczy. I elegancko zachwalane w folderach reklamowych: jak PZT Model Echo 231-Z, „luksusowy odbiornik o światowym zasięgu”, którego „Elektrodynamiczny, duży głośnik o miłym, głębokim tonie, zyskał uznanie prawdziwych znawców muzyki”, umożliwiający „Odbiór stacyj europejskich i zamorskich” i na dodatek mieszczący się „w podłużnej luksusowej skrzynce orzechowej, z drzwiczkami ozdobionymi chromowanymi okuciami". I wszystko to za 297 zł (w roku 1936).
Kolekcja dotyczy produkcji przedwojennych, pisze o nich i Stare Radjo, ale dodaje też modele powojenne. Szczególnie Pioniery z zakładów Diora, pierwsze (w produkcji seryjnej od 1948 roku) rodzime odbiorniki z tego okresu. W politurowanych drewnianych obudowach, nazywane swojsko w kolejnych wcieleniach: Polonez, Juhas, Mazur, Promyk.
Jest jeszcze sielskie Radio Retro. Sielskie z wyjątkiem rozdziału o propagandzie, w którym przytacza m.in. archiwalne dokumenty z wojny. „Wszelkie aparaty radiowe, znajdujące się w posiadaniu ludności ulegają natychmiastowej konfiskacie. Należy je dostawić za pokwitowaniem do niżej podanych punktów zbiorczych. Oddanie aparatów nie jest wymagane, o ile znajdują się w posiadaniu obywateli Rzeszy, względnie obywateli narodowości niemieckiej. (...)” – to z obwieszczenia komisarza Rzeszy, wydanego w Warszawie 20 października 1939 r. Przypomniało mi to rodzinną opowieść o radiu przechowywanym we framudze drzwi.
Albo inny wojenny dokument, tym razem firmowany przez władzę ludową, która też nie lubiła cywilnych odbiorników. Dekret PKWN o ochronie państwa (z 30 października 1944 roku), podpisany przez Bolesława Bieruta i innych importowanych towarzyszy. A konkretnie artykuł 6: „Kto w czasie wojny, bez prawnego zezwolenia władzy wyrabia, przechowuje, nabywa lub zbywa aparat radiowy, nadawczy lub odbiorczy – podlega karze więzienia lub karze śmierci.”
Śmierć za radio? Właśnie tak. Za radio:
„W kwietniu 1945 roku w Poznaniu, Milicja Obywatelska, na polecenie Prokuratury Okręgowego Sądu Wojskowego w Poznaniu, aresztowała Ob. Stanisławę Marinczenko.W czasie rewizji u w/w obywatelki, z zawodu krawcowej, znaleziono ukryty odbiornik radiowy „Philips” z głośnikami i słuchawkami. Oskarżona, skazana została na karę śmierci za złamanie dekretu „o ochronie Państwa”. Wniosek o ułaskawienie został odrzucony - Skazana nie wydała radioodbiornika, lecz miała go w ukryciu, w piwnicy, co dowodzi, że jest osobnikiem niebezpiecznym dla Państwa Polskiego. Dlatego na łaskę nie zasługuje.
Wyrok śmierci, przez rozstrzelanie, wykonano 1 maja 1945 roku.”
środa, 11 maja 2005
Order dla towarzysza

Order Chwały I, II i III stopnia (Aleja chwały)

Rosyjskie pismo Ogoniok w komunistycznych czasach publikowało reprodukcje malarstwa z rodzimych kolekcji. Na dobrym kredowym papierze prezentowało na przemian arcydzieła malarstwa i słuszne ideologicznie obrazki przedstawiające przywódców, Lenina, lud pracujący i inne podobne motywy. W roli modelu występował np. Leonid Breżniew w mundurze oblepionym orderami. Ilość tych orderów na piersiach portretowanych towarzyszy była porażająca, aż dziw, że się to wszystko na nich pomieściło.
Bo też radzieccy towarzysze uwielbiali się dekorować przy każdej okazji. I mieli czym. Na dowód: internetowa kolekcja Soviet Military Awards oraz Aleja chwały (z działem o odznakach, orderach i medalach ZSRR).
Wojskowi dostawali np. Order Suworowa, Kutuzowa, Bohdana Chmielnickiego. Warto przy tym pamiętać, że niektóre z nich miały dwa lub trzy stopnie: np. order Suworowa I, II i III stopnia. Zasłużeni budowniczowie socjalizmu mogli powiesić na piersi np. Złotą Gwiazdę lub złoty medal Sierpa i Młota. Był też Order Rewolucji Październikowej, Lenina, Zwycięstwa, Przyjaźni między narodami, Czerwonego Sztandaru, Czerwonej Gwiazdy i wiele wiele innych na każdą okazję (np. z okazji 100-lecia urodzin Lenina, który przypięto do piersi około 9 milionów „ludzi pracy”, 2 milionów wojskowych i 5000 członków zagranicznych delegacji).
Tagi: ciekawe
16:27, dogin
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 09 maja 2005
Pobieda według ZSRR

Plakat z 1945 roku, autor W.S. Iwanow (Dzień Zwycięstwa)

Rosjanie paradują i świętują. Dla nich w maju 1945 roku zakończyła się „wielikaja otieciestwiennaja wojna” – wielka wojna ojczyźniana. Istnieje drobna różnica między datami granicznymi wojny ojczyźnianej i światowej: ta pierwsza zaczęła się 22 czerwca 1941 roku, w dniu ataku Niemiec na ZSRR. Celebrowanie „ojczyźnianej” pozwala więc ominąć niewygodny fakt wcześniejszej współpracy z Niemcami i tego, co stało się 17 września 1939 (a zresztą co się wtedy takiego stało? Aleja chwały tłumaczy: Armia Czerwona przeszła granicę rozpadającego się państwa polskiego i zaczęła „oswoboditielnyj pochod” na zachodnią Białoruś i Ukrainę, aby „wziąć pod ochronę życie i mienie” obywateli. Ot co: oswoboditielnyj pochod, wyzwoleńczy pochód, który dla coniektórych skończył się w Katyniu).
Moskwa świętuje w internecie. W głównym serwisie Dnia Zwycięstwa (dla tych, którzy nie załapali się na obowiązkową naukę rosyjskiego w szkołach jest wersja angielska; także na bliźniaczej rocznicowej stronie agencji Novosti). Tu serwuje zdjęcia z ulic Moskwy (zwarte szeregi wojsk, prezydent Putin wśród polityków itp. oficjalne obrazki) ale i ciekawe archiwalia: wojenne plakaty propagandowe i fotografie. Wśród zdjęć te najsłynniejsze, dawniej powielane przy każdej kolejnej rocznicy: podrywający żołnierzy do ataku komandir Jeremienko z pistoletem w dłoni, wyzierająca zaa pagórka kobieta-snajper, „żołnierz-wyzwoliciel” z ukraińską staruszką i inne znajome ujęcia. I wojenne pieśni w mp3, też te sztandarowe, np. sentymentalna „Tiomnaja noć” (Ciemna noc), „Dawaj zakurim” albo skoczna „Smuglianka Moldawanka” (tego to się w liceum uczyłam na rosyjskim, takie czasy były). Piosenki o o „diewuszkach”, ludzkiej tęsknocie za domem, śmierci – jak to na wojnie.
Sporo mniej znanych wojennych fotografii ma Pobieda. To zbiory z Archiwów Rosji, pokazujące wojnę z rosyjskiej (radzieckiej właściwie) perspektywy. Niemiecki atak w 1941 roku, Stalingrad, Kursk itd, aż do Berlina (a po drodze polskie epizody, typu „wyzwalanie Warszawy”). I inne rodziały historii, np. konferencja w Poczdamie: jak to zdjęcie, pokazujące jasno kto wygrał i kto tu rządzi: pewny siebie Stalin, obok Wiaczesław Mołotow i Andriej Wyszyński (prokurator generalny ZSRR, specjalista od sfabrykowanych procesów). Faktycznie, ich „dzień zwycięstwa”.
Jeszcze inna Pobieda.Tutejsze archiwalia dotyczą głównie obrony Moskwy: galeria „gierojów” i zdjęcia pomników ku czci. I na koniec strona omawiająca wojenne epizody i radzieckie symbole z tych lat: czołg T-34, katiusze, pionierzy-gieroje czy wydany przez Stalina „prikaz” numer 227 („Ni szagu nazad” - ani kroku w tył).
Tagi: historia
16:16, dogin
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2