Internet według Doroty, czyli subiektywny przewodnik po ciekawych stronach WWW
RSS
niedziela, 31 lipca 2005
Zygzakiem po niebie

Błyskawice nad Perth, fot. Radek Dolecki (Electric Skies)

Nie dość że jest upalnie, to jeszcze burzowo. A więc o burzach będzie, a właściwie o błyskawicach i piorunach.
Electric Skies to miejsce, gdzie jest ich pod dostatkiem. Dotyczy Australii, ale należy do fotografa o swojskim nazwisku Radek Dolecki. Zawiera sporo zdjęć wyładowań i burzowych chmur na australijskim niebie, uchwyconych w różnych regionach kraju. Błyskawice rozpryskują się tu imponująco, ciężkie chmury naciskają na tamtejsze krajobrazy, jednym słowem atmosfera jest „burzliwa” (to od burzy).
Genesis Fine Art Photography też dotyczy Australii i burz, ale w nieco innym ujęciu. Jej autor, fotograf Nick Djordjevic (znów typowo australijskie nazwisko) lubi atmosferę niezwykłości, poluje na „apokaliptyczne” obrazy (już to „Genesis” w nazwie coś mówi, jakby idąca z niebios ku Ziemi iskra była ilustracją do aktu Stworzenia). Poświęcił im dwie galerie – jedną o ”ogniu z nieba”, i drugą o "wściekłości natury". Twierdzi że to zdjęcia naturalne, nie podkolorowane, robione bez filtrów (za to z długą ekspozycją). Patrząc na niektóre, także te w innych tutejszych działach, aż trudno w to uwierzyć, wydają się podretuszowane.
I dla odmiany trochę amerykańskich zygzaków na stronie Davida O. Stillingsa, Lighting Stalker. Jest tu trochę ciekawostek o samym zjawisku i zdjęcia - a wśród nich jedno zabawne, z kotem w chmurach. Powstało przypadkiem, przez podwójne „pstryknięcie” na jednej klatce filmu.
I kolejna strona, polska tym razem. Też ze zdjęciami, ale i z opisami typów piorunów (liniowe, kuliste, paciorkowe) i ciekawymi faktami. Mały fragment: „Zazwyczaj długość pioruna waha się w granicach kilometra, ale spotkano także takie, które miały więcej niż 10 km. Około 60% wyładowań występuje między chmurami. Zanotowano iskry o długości 40-50 km, a nawet o długości... 150 kilometrów :) Napięcie między chmurą, a ziemią (dla pioruna ok. kilometrowego) ma wartość kilkuset milionów Voltów [V], czyli kilkuset megawoltów [MV] (...) Dla porównania w naszych gniazdkach elektrycznych znajduje się 220-230 V, w telefonie ok. 40 V, w sieci tramwajowej 600 V, a w liniach wysokiego napięcia do 4 500 000 V (4,5 MV). (...) Cały czas nad powierzchnią ziemi szaleje ponad 40 tys. burz. W czasie burzy na naszych terenach pojawia się średnio 65 piorunów na godzinę, a w rejonach tropikalnych nawet 10 000”.
Dobrym uzupełnieniem do tych informacji jest strona IMGW: Instytut monitoruje wyładowania na bieżąco, i jest tak miły, że nawet pokazuje na mapie Polski i okolic miejsca, gdzie aktualnie one występują.
A tak na marginesie: dopiero teraz spostrzegłam, ile słów i wyrażeń odnosi się do tego zjawiska. „Błyskawicznie” „burzliwa atmosfera”, „piorunujące wrażenie”, „uderzyć jak grom z jasnego nieba”, zrobić coś „piorunem”, „zgromić”. No i gromnica, poświęcona świeca, zgodnie z dawnym obyczajem chroniąca od gromów.
Tagi: ciekawe
22:46, dogin
Link Komentarze (6) »
piątek, 29 lipca 2005
Lody dla ochłody

Fot. Piotr Celiński (Hornsund)

Gorąco jest, więc dla ochłody proponuję wizytę w naturalnej lodówce, czyli w Polskiej Stacji Polarnej Hornsund na Spitsbergenie. Miło popatrzeć na tabelę z aktualnymi temperaturami: obecnie jest tam koło 5 stopni C. A jeśli zerknąć na temperaturę odczuwalną (najniższa występująca tu to minus 80), robi się nawet zdecydowanie za zimno.
No i wieści takie optymistyczne tu podają: jedna ze starszych jest taka, że „na Przyl. Wilczka nieopodal stacji odbył się ślub Anny Bartczak (Polska) i Kenetha Monsena (Norwegia) - para entuzjastów Spitsbergenu dotarła na stację psim zaprzęgiem”. Poza wydarzeniami towarzyskimi sporo tu o badaniach i wyprawach naukowych, a i zdjęć nie brakuje (śnieg, miśki białe w futra poubierane, krajobrazy lodowe itp.).
Jeśli to nie wystarczy, proponuję jeszcze rzeźbiarstwo śniegowo-lodowe w wydaniu kanadyjskim (ta grupa rzeźbi także w piasku) oraz amerykańskim. Obie strony mają galerie z rzeźbami i konstrukcjami wykutymi w blokach lodu i śniegu: zamkami, traktorami, kieliszkami do martini i innymi przykładami sztuki zmrożonej.
Tagi: przyroda
19:51, dogin
Link Komentarze (4) »
środa, 27 lipca 2005
Bestii opisanie

Smok atakuje gołębia, ze zbiorów Muzeum Meermanno

Poznajcie bazyliszka. Wygląda jak strzyżowanie koguta z wężem (po tym drugim ma ogon). Legendy głosiły, że wykluwał się z jajka zniesionego przez siedmioletniego koguta. Zabijał wzrokiem, oddechem, głosem (ponoć świstem).
Albo smoka, „najgorszego ze wszystkich węży”, utożsamianego z diabłem. Jego najgroźniejszą bronią był o dziwo ogon, nie zęby. To ogonem czynił spustoszenie, i z jego pomocą zabijał słonie. Ale i smok się czegoś bał, mianowicie pantery. Kiedy pantera po trzydniowym śnie wstała z legowiska i zaryczała, smok ze strachu wskakiwał do jakiejś dziury.
Więcej opisów zwierząt prawdziwych i mitycznych mieści The Medieval Bestiary, serwis z kolekcją ilustracji ze średniowiecznych bestiariuszy. I z wytłumaczeniem, co to wszystko znaczyło – bo w tamtej epoce każde takie wyobrażenie miało „drugie dno”, miało sens religijny (przykładowo, smok-diabeł bał się pantery, bo ona reprezentowała Chrystusa, podobnie zresztą jak jednorożec).
Wiele ilustracji i opisów pochodzi z Bestiariusza z Aberdeen. To piękna księga z ok. 1200 roku, którą dzięki Uniwersytetowi w Aberdeen można oglądać w internecie, strona po stronie, w oryginalnej wersji łacińskiej i w równoległym tłumaczeniu angielskim. Omawiająca po kolei lwy, pantery, tygrysy, wilki, lisy, małpy i inne stworzenia, pokazująca jak wyglądają i działają (tu akurat smok dusi słonia).
sobota, 23 lipca 2005
Ale Kanał!

Statek przy śluzach Gatun (PhotoAtlas Panama)

Ma 81,6 km długości. I kolosalne znaczenie, bo łączy Atlantyk z Pacyfikiem. Przed jego przekopaniem statki chcące przedostać się na drugi ocean musiały okrążać Amerykę Południową, mając po drodze wątpliwą atrakcję w postaci postrachu żeglarzy - Przylądka Horn.
Chodzi o Kanał Panamski oczywiście. Warto obejrzeć animacje przedstawiające etapy i zasadę działania tej drogi wodnej. Z grubsza wygląda to tak: statki płynące od strony Atlantyku wpływają do kanału, docierają do śluz windujących je na coraz wyższy poziom (jakby „wchodziły” po schodkach – czyli basenach w których podnosi się poziom wody), wpływają na sztuczne Jezioro Gatun (znajdujące się 26 metrów n.p.m.) i do przedłużającej je, wykutej w skale „rynny”, po przepłynięciu tego odcinka „schodzą” (też przy pomocy śluz) na dół, aż znajdą się znów na poziomie morza (etapy tej podróży można też oglądać na zdjęciach). Na pokonanie tej drogi potrzebują 8-10 godzin.
U wylotów Kanału zainstalowano kamery internetowe (przy śluzach Miraflores od strony Pacyfiku i Gatun od strony Atlantyku), można więc pooglądać, co się tam dzieje w tej chwili, co wpływa i co wypływa. Szczególnie w sekwencji ostatnich dwudziestu zdjęć widać wyraźnie, jak wielkie cielska statków dostojnie wpływają do zagródki.
Oficjalnie otwarto Kanał w sierpniu 1914 roku, jako pierwszy przepłynął go statek SS Ancon. Muzeum Kanału ma wiele ciekawych dokumentów z jeszcze wcześniejszego okresu, z czasów budowy: zwłaszcza na pokazywanych tu archiwalnych zdjęciach widać, jak wiele wysiłku kosztował ten gigantyczny przekop. Warto obejrzeć też wycinki z gazet, wypuszczane podczas budowy obligacje, stare pocztówki i koperty z pamiątkowymi nadrukami (wśród których zabłąkała się jedna ze swojskim nazwiskiem Kolankowski).
Tagi: ciekawe
10:52, dogin
Link Komentarze (3) »
środa, 20 lipca 2005
Anatomia historyczna


Człowiek to istota ciekawska, zaintrygowana od zawsze światem i sobą samym. W wymiarze fizycznym poznawanie świata owocowało kolejnymi odkryciami geograficznymi zobrazowanymi na starych mapach. Jak wyglądało „poznawanie siebie”, tajników ludzkiego ciała, widać na przykładzie starych atlasów anatomicznych.
Sporo ma ich Historical Anatomies on the Web. To zapis kilkuset lat rozwoju wiedzy medycznej oraz czegoś, co można by nazwać „estetyką medyczną” (czyli sposobu ilustrowania tych odkryć; szczególnie w starszych atlasach widać dbałość o artystyczną stronę prac).
Parę przykładów. Atlas z 1545 roku: Charles Estienne i jego ”De dissectione partium corporis humani libri tres”. Z drzeworytami przedstawiającymi upozowane ludzkie ciała, tu i ówdzie porozpruwane i ukazujące wnętrzności (radzę kliknąć ponownie w każdy obrazek, a powiększy się maksymalnie).
Ciała przedstawione dynamicznie, w ruchu, jakby wykonywały ćwiczenia gimnastyczne (zapomniawszy uprzednio nałożyć skórę) – to już Bartholomeo Eustachi, „Tabulae anatomicae” z 1574.
I coś zdecydowanie bardziej artystycznego niż medycznego: studium proporcji ludzkiego ciała, z tekstem i drzeworytami Albrechta Dürera.
Są obok nich i atlasy egzotyczne: np. wydane w Japonii dzieło chińskiego lekarza Hua Shou żyjącego w 14 wieku (z takimi oto ilustracjami), albo perski Mansura ibn Ilyasa (z równie egzotycznym sposobem obrazowania tego co w człowieku siedzi).


Gdyby ktoś chciał porównać je z współczesnymi atlasami anatomicznymi, to odsyłam do strony Akademii Medycznej w Warszawie. Artyzmu tu mało, za to jest specjalistycznie i szczegółowo, z „anatomiczną dokładnością”.
niedziela, 17 lipca 2005
Znakowanie świata

Sylwetki dzieci z filipińskiego znaku drogowego, fot. S. Snoeck

Znaki drogowe to jedna z tych rzeczy, które widujemy codziennie, a którym specjalnie się nie przyglądamy. Co nie znaczy że je ignorujemy: po prostu rzucamy na nie okiem, by odczytać to co oznajmiają (skrzyżowanie, droga z pierwszeństwem przejazdu, uwaga dzieci i takie tam). Bartolomeo Mecanico i jego międzynarodowa ekipa znaki studiuje uważnie i fotografuje. I kiedy się ogląda te zdjęcia zrobione w różnych częściach świata i zestawione razem, to dopiero widać, jak się one różnią w szczegółach.
Konkretnie trzy znaki ostrzegawcze: „Dzieci”, „Spadające odłamki skalne” i „Roboty na drodze”, zestawione tu według krajów. Weźmy „dzieci”: na Fidżi ten znak przedstawia wyrośniętą dziewczynę w sukience trzymającą za rękę mniejszego chłopca (a może to matka z dzieckiem?); w Szwajcarii to duży chłopiec z teczką i biegnąca przed nim mała dziewczynka bez teczki; w Rosji - schematyczne, „bezpłciowe” sylwetki w biegu. W Indiach na znakach nie ma koedukacji, biegnie chłopiec (na bosaka – widać nawet palce u stóp) albo dziewczynka w spódnicy i z dyndającą na ramieniu torebką. W osobnej galerii są główki dziewczynek: z kucykami, kokardkami i innymi formami uczesania.
To samo jest na znakach o robotach drogowych. Na jednych widnieje schematyczne przedstawienie pana z łopatą (minister Środa powinna chyba zaprotestować i domagać się kopiących kobiet), na innych starannie wyrysowane sylwetki – z kaskami (w wersji tajwańskiej w stożkowatym kapeluszu na głowie), w gumiakach (kopacz brytyjski), z jedną lub dwoma kupkami czegoś do szuflowania.
I jeszcze te odłamki, które raz malowniczo sypią się na samochód (Meksyk), raz po prostu opadają w dół, i które przybierają różne kształty (np. portugalskie i rumuńskie namalowano tak, aby sugerowały wielką szybkość spadania). Tu ciekawostka: na brytyjskich spadają do prawego rogu znaku, inaczej niż w pozostałych krajach, co pewnie ma związek z ich lewostronnym ruchem na drogach (lepiej widać to tutaj na stronie o brytyjskich znakach).
Ciekawe. Niby znaki są ujednolicone (wiadomo o co w nich chodzi) ale lokalna kultura dyktuje sposób przedstawienia postaci i sytuacji. Tak na marginesie zastanawia mnie też trwałość pewnych wyobrażeń ze znaków. Na przykład takie przedstawienie lokomotywy, jako parowozu z kłębami dymu. Nie ma już takich lokomotyw (może niezupełnie, jeszcze gdzieniegdzie się uchowały i są atrakcją retro), ale na znaku pozostały. I nie mam nic przeciwko, aby dalej były, elektrowóz na takim znaku wyglądałby jak tramwaj, wolę tą dymiącą lokomotywę.
piątek, 15 lipca 2005
Latanie patentowane

Samolot „jak żywy”, choć nieprawdziwy (A320 project)

Budynki w kształcie buta, imbryka i prosiaka, budka dla ślusarza w kształcie klucza, przydrożny bar o wyglądzie wielkiej kolby kukurydzy – to wszystko już wymyślono i opatentowano. Czy także zrealizowano – nie wiem, ale niektóre projekty są bardzo pomysłowe i warto je pooglądać z czystej ciekawości. Sporo tego jest w Patent Room - wirtualnym muzeum gromadzącym projekty rozmaitych maszyn i budowli, przedkładanych we wnioskach patentowych z okresu od lat 20-tych do 50-tych ubiegłego wieku.
Trafiły tu szkice do wynalazków motoryzacyjnych: od detali służących do ozdoby lub sygnalizacji (w tym takich dziwactw) do projektów całych pojazdów, w rodzaju tej taksówki z ustawionym na środku i na podwyższeniu siedzeniem dla kierowcy oraz szklanym dachem. Są poza tym projekty zabawek: zestawu żołnierzyków wykonujących musztrę, karabinów-zabawek montowanych na kierownicy roweru lub mechanicznego kopiącego muła.
Podobne zbiory ma Early Aircraft Design. To projekty samolotów lub raczej „maszyn latających”, przybierających czasem rybie lub bardzo ptasie kształty.
Przy okazji jeszcze taka lotnicza strona: A320 project. Już nie o fantazyjnych patentach, ale o budowanych w domowym zaciszu makietach kokpitu w naturalnej skali, z desek i innych niewirtualnych materiałów (szczegóły konstrukcji opisane są krok po kroku i zdjęcie po zdjęciu). Coś dla pasjonatów, którym nie wystarcza symulator lotu na komputerze, ale chcą zasiąść w kabinie pilotów, przed tablicą z mnóstwem zegarów i przełączników, i wprowadzić do zabawy w pilota maksimum realizmu.
Tagi: ciekawe
20:05, dogin
Link Komentarze (2) »
wtorek, 12 lipca 2005
Bitwa o Anglię


Brytyjskie myśliwce, fot. z archiwum Royal Air Force

„....the Battle of France is over, I expect that the Battle of Britain is about to begin. Upon this battle depends the survival of Christian civilization. Upon it depends our own British life, and the long continuity of our institutions and our Empire” – mówił Winston Churchill 18 czerwca 1940 roku. Jak widać nie miał złudzeń: wiedział że kanał La Manche to żadna zapora dla Hitlera, i że niebawem Niemcy uderzą na Wyspy.
Uderzyli z powietrza - 10 lipca rozpoczęła się Bitwę o Anglię. Trwała do końca października, Battle of Britain relacjonuje ją dzień po dniu, podobnie zrobili to na stronie RAF-u. Zamiast ptaków przez te miesiące po niebie buszowały samoloty, Hawker Hurricane potykał się z Messerschmittem lub innym przedstawicielem Luftwaffe (kto ciekaw, znajdzie informacje o jednych i drugich w Warbirds), niemieckie bombowce parły na Londyn by tam zrzucić swój wybuchowy ładunek. Brytyjczycy życzliwie podsuwali im cele zastępcze, z którymi eksperymentowali już w czasie I wojny: mianowicie fałszywe bazy lotnicze i inne pseudomilitarne atrapy, które z góry miały do złudzenia przypominać prawdziwe obiekty i kusić do bezowocnego bombardowania.
Po brytyjskiej stronie walczyli piloci różnej narodowości, sporo Czechów (88 według tutejszych statystyk), ale najwięcej (prócz Brytyjczyków rzecz jasna) Polaków, służących m.in. w dwóch polskich dywizjonach myśliwskich 302 i 303.
Polish Aviation History Page opisuje pewien barwny epizod z początków Dywizjonu 303, kiedy to podczas szkoleniowego lotu kpt. Ludwik Paszkiewicz zauważył niemieckie samoloty atakowane przez myśliwce RAF-u, więc odłączył się od eskadry i wspomógł kolegów strącając jedną z niemieckich maszyn, za co potem otrzymał „a reprimand from the commanding officer, immediately followed by warm congratulations on opening the squadron's tally” (czyli że go objechali i zaraz pochwalili dla równowagi. Archiwalny raport z przebiegu tego lotu można obejrzeć tutaj).
piątek, 08 lipca 2005
Londyn podziemny

Foto: Info Transport

The Tube to symbol Londynu, na równi z czerwonymi „piętrusami” i charakterystycznymi czarnymi taksówkami. Podziemna sieć tuneli jest jak układ krwionośny miasta – łączy najdalsze krańce i dowozi ludzi we wszystkie możliwe zakątki. Nic dziwnego, że uderzenie w metro powoduje komunikacyjny „zawał”, sieć naziemna nie jest w stanie przetransportować wszystkich pasażerów.
Londyńskie metro obejmuje obecnie dwanaście linii, najstarszą z nich jest Metropolitan Line (dawniej Metropolitan Railway). To zarazem najstarsza linia metra na świecie, otwarto ją 10 stycznia 1863 roku (czyli dwanaście dni przed wybuchem naszego Powstania Styczniowego). Wszystkich stacji jest 275, sieć torów liczy ogółem 408 km długości. Schemat tego „układu krwionośnego” Londynu powstał w 1933 roku, z czasem osiągnął dzisiejszy kształt pokazany na tych mapach (także w wersjach obcojęzycznych, np. w arabskim i chińskim).
W labiryncie The Tube są też stacje nieużywane, sporo ich zwiedził i opisał Hywel Williams w Underground History. Niektóre miały bardzo ciekawą przeszłość, w czasie wojny służyły za schrony, korzystał z nich nawet Winston Churchill. O innych wojennych epizodach wspomina londyńskie Muzeum Transportu na tej wirtualnej wystawie.
Zamach z 7 lipca już został sklasyfikowany przez Transport for London jako „the worst incident in the history of London underground”. Poprzedni najpoważniejszy wypadek zdarzył się w 1987 roku, kiedy 27 osób zginęło w pożarze.
To niech już pozostanie „the worst”. W tej dziedzinie każdy kolejny rekord oznacza wyłącznie większą przegraną.
środa, 06 lipca 2005
Wulkany

Japoński wulkan Sakura-jima w akcji, fot. Mike Lyvers (Volcano World)

Geopolitycznie jesteśmy może nie za dobrze usadowieni na mapie świata, ale za to pod względem geologicznym jest dużo lepiej. No bo przecież ziemia się u nas nie trzęsie tak straszliwie jak w niektórych regionach Azji, ani wulkany nas nie zalewają potokami lawy i popiołami.
I właśnie o tej drugiej nieobecnej u nas pladze opowiada Volcano World i inny przewodnik po wulkanach, Global Volcanism Program. Donoszą na przykład o najświeższych erupcjach: całkiem niedawno uaktywnił się wulkan Ebeko na Wyspach Kurylskich, Fuego w Gwatemali, Karymski na Kamczatce.
No a przede wszystkim opisują stożki z całego świata a nawet z zaświata (czyli z Wenus, Księżyca, Marsa – o którym szerzej pisze Geology of Mars). Niektóre robią wrażenie nawet kiedy nie dymią i nie plują lawą. A z dymem i lawą budzą jeszcze większy szacunek, chyba dlatego, że pokazują na co stać Ziemię i jakie nieposkromione siły w niej drzemią. Swoją drogą ciekawie je ludzie ponazywali: opisowo (Popocatepetl – Dymiąca Góra, Fuego – Ogień), ideowo (Concepcion - czyli Poczęcie; Volcan de las 3 Virgenes – Wulkan Trzech Dziewic, Jornada del Muerto – Dzień drogi Umarłego; Demon; The Glass House Mountains), od nazwisk ludzi i imion świętych (Kraszeninnikow, Żupanowski, Św. Helena).
I jeszcze jeden adres, Volcano Live australijskiego wulkanologa Johna Seacha. Miejsce, gdzie można pooglądać wulkaniczne „kino akcji” (z kamer internetowych), znaleźć różne „naj” (najwyższe, najaktywniejsze, najstraszliwsze pod względem liczby ofiar) i inne podobne ciekawostki z kraterów.
 
1 , 2