Internet według Doroty, czyli subiektywny przewodnik po ciekawych stronach WWW
RSS
niedziela, 29 lipca 2007
Mongolia pachnąca kumysem


Zawody łucznicze podczas święta Naadam (Mongoluls.pl)

Statystycznie dzisiejsza Mongolia wygląda tak: ok. 2,4 miliona mieszkańców ( z tego ok. 894 tys. mieszka w stolicy kraju - Ułan Bator). A że kraj jest spory (Polska razy pięć), więc na kilometr kwadratowy przypada 1,5 człowieka. Trudno się oprzeć wrażeniu, że ludzie są tutaj tylko dodatkiem do przyrody. I to przyrody stawiającej wysokie wymagania, zdominowanej przez góry, stepy i pustynie (umościła się tu wielka Gobi). Jak się ktoś w takim miejscu zahartuje, to może potem podbijać świat - jak Czyngis-Chan, który właśnie stąd zaczął swoje podboje, i który stworzył największe imperium w historii.
O Mongolii właśnie, tej dzisiejszej i dawnej, pisze antropolog Chris Kaplonski. Publikuje różne rzeczy, na przykład mapę etnicznę, na której kolorami pozaznaczano terytoria grup mongolskich (jest ich około 20) i skromnej niemongolskiej mniejszości (Kazachowie); Dokumenty i książki spisane alfabetem mongolskim albo cyrylicą; garść informacji o politycznych represjach które dotknęły Mongolię po wejściu "czerwonych" (mongolska partia ludowa powstała w 1921 roku; przy pomocy Moskwy "wyzwoliła" kraj wprowadzając władzę ludu. I zaczęły się represje, w latach 30-tych najgorsze: zabijano inteligencję, buddyjskich mnichów, burzono klasztory, mordowano Buriatów).
Odskocznią od tematów historycznych jest galeria zdjęć. Kaplonski fotografował uroczystości (np. Naadam - święto, podczas którego odbywają się wyścigi koni, zapasy i turnieje łuczników), portretował ludzi i przyrodę.
Z polecanych przez niego linków: Ulaanbaatar, strona o architekturze stolicy Mongolii, z bazą budowli.
I coś po polsku: Mongoluls.pl, bogaty serwis o Mongolii, jej mieszkańcach, przyrodzie; z galeriami zdjęć z wypraw i ciekawymi tekstami. O kulturze i tradycjach na przykład, dotyczących jurty. "Zgodnie z tradycją gość powinien przed wejściem do jurty na znak, że nie ma złych zamiarów, obejść ją jeden lub dwa razy w kierunku słońca, broń czy nóż zostawić przed wejściem". Potem jest rytuał powitania (dłonie gościa pod otwartymi ku górze dłońmi gospodarza; "obwąchanie" na znak życzliwości); usadzenie wedle określonego porządku (północ dla najważniejszych gości, reszta mężczyzn po zachodniej, kobiety po wschodniej strony jurty). I rytualne częstowanie tabaką ("podając prawą ręką swoją tabakierkę, zabierając jednocześnie tabakierkę rozmówcy"), potem obwarowane wieloma zasadami częstowanie zieloną herbatą zabielaną mlekiem lub kumysem (biały napój jest symbolem szacunku i czystości uczuć); który należy przyjąć obiema rękami - a co dalej, poczytajcie sami (bo warto).
sobota, 21 lipca 2007
Sowy bywają różne

Sowa bardzo widowiskowa z gatunku Pulsatrix perspicillata (puchaczyk żółtobrzuchy), z Brazylii, fot. Nunes D'Acosta

Można je spotkać właściwie wszędzie. Pohukują w Azji i Afryce, w Europie i w obu Amerykach. Oczy mają z przodu (nie po bokach głowy jak inne ptaki). Widzą stereoskopowo, przestrzennie - pole widzenia lewego i prawego oka nachodzi częściowo na siebie. Dzięki temu mogą podczas polowania lepiej oszacować odległość, dzielącą własny dziób od tego, co do dzioba wpadnie (czyli od ofiary, która da się upolować na kolację).
Mają różne kolory oczu - ciemne, żółte, pomarańczowe - wymienia ciekawy serwis Sowy Polski. Ma to związek z porą polowania: te które robią to w dzień, mają żółte, ciemne są u gatunków nocnych, pomarańczowe - u tych żerujących nocą, ale i wieczorami czy rankami.
Uszu zewnętrznych nie mają. Te miotełki na głowie jedynie "informują o stanie emocjonalnym". "W obliczu zagrożenia, sowa przez półprzymknięte oczy obserwuje otoczenie, stroszy pióra i podnosi ich kępki na głowie. Stroszenie piór ukazuje zatem stan emocjonalny sowy – zwykle zaniepokojenie lub agresję" - piszą tu.
U niektórych gatunków (pójdźka, włochatka, sóweczka) występują też fałszywe oczy (ubarwienie imitujące oczy). I to z tyłu głowy. Tak dla zmyłki, żeby ktoś je zdradziecko z tej strony nie zaatakował (bo jak napastnik zobaczy te niby-oczy, to może się wstrzyma). Takie to sprytne, z psychologią obeznane.
The Owl Pages, który zgromadził o nich tony informacji, zawiera też pokaźną bazę sowich głosów. Z podziałem na męskie i żeńskie, a nawet określeniem stanu emocjonalnego (alarmed, excited, nervous). Jedne ćwierkają, inne pohukują, gruchają jak zawodowe gołębie albo wydają całkiem inne niesowie dźwięki.
A jak wyglądają! Popatrzcie według kontynentów. Odlot.
sobota, 14 lipca 2007
Archeologia z powietrza

Osieczna. Fot. z serwisu Biskupin.. i co dalej?

Z góry widać więcej i inaczej. To, co na ziemi wydaje się tylko małym, naturalnie wypiętrzonym pagórkiem, z wyżyn może okazać się pozostałością grodziska albo kurhanu. Na płaskim, zaoranym lub zasianym polu dawną osadę zdradzi inny odcień gleby albo roślin (co widać wyraźnie w tej galerii: jakby ktoś pola gwoździem porysował).
Archeologia lotnicza w taki właśnie sposób szuka śladów przeszłości. I to od dziesięcioleci - pierwsze takie zdjęcia pochodzą z początków XX wieku; w 1906 roku por. P. H. Sharpe sfotografował z wojskowego balonu kamienny krąg Stonehenge. Związki z wojskiem trwały wiele lat: archeologia pożywiała się techniką, która służyła wojskowym do szpiegowania wrogich wojsk.
U nas archeologia lotnicza zaczęła się w latach 30-tych, od sfotografowania z balonu Biskupina. Jak wyglądał ten balon i sam Biskupin - zobaczcie na stronie "Osiemdziesiąt lat archeologii lotniczej w Polsce".
A prawdziwą ucztę dla oczu macie tutaj: w Aerial Archaeology in Northern France. To kilkaset fantastycznych zdjęć z północnej Francji. Na polach zaoranych albo zasianych i kolorowych widać geometryczne figury, linie, plamy, cienie. Dawne osady, grody, kręgi - kto wie?
Są jak wpisy w pamiętniku zostawione przez dawnych mieszkańców. Trzeba się wysilić, żeby je odczytać.
niedziela, 01 lipca 2007
Skąd się biorą nazwy samochodów?

Znak będący wspomnieniem wypraw krzyżowych

Skąd się wzięła nazwa Alfa Romeo? Od tego słynnego Romea? I skąd ten barwny znaczek na masce? To pytanie doprowadziło mnie do serwisu Cartype, składowiska informacji o markach, logach i modelach aut z różnych stron świata (modele mnie nie interesują, ale reszta jest ciekawa).
ALFA to skrót od Anonima Lombarda Fabbrica Automobili. A Romeo to nazwisko - Nicola Romeo w 1915 objął firmę i dopisał się do logo.
Znaczek na masce tego samochodu zawiera kawał mediolańskiej historii. Przypomina herb szlachecki, nieprzypadkowo zresztą. Jest tam czerwony krzyż na białym tle - upamiętnia mediolańskiego krzyżowca, Giovanni da Rho, uczestnika krucjaty w 1099 roku. Giovanni jako pierwszy zatknął krzyż na murach Jerozolimy. Obok widać węża w koronie, z ludzką figurką w pysku - to herb Ottone Viscontiego, założyciela mediolańskiego rodu Visconti. Miał on podczas owej Pierwszej Krucjaty zabić w pojedynku jednego z niewiernych. Tarcza zabitego miała własnie namalowanego węża pożerającego człowieka - Ottone użył tego wizerunku do stworzenia własnego herbu. Znak ten z kolei został potem zaadoptowany przez wojsko Mediolanu - symbolizuje potęgę miasta i pokazuje, co stanie się z jego wrogami - zostaną pożarci (w przenośni).
Swoją drogą ciekawe, czy auta tej marki jeżdżą w krajach muzułmańskich. Wspomnienie krzyżowców musi tam chyba kłuć w oczy?
Dalej. Subaru - to japońska nazwa Plejad - gromady gwiazd w gwiazdozbiorze Byka (na znaczku auta widac właśnie sześć gwiazd). Znaczy też "jedność". Volkswagen zrodził się z marzenia Hitlera o "aucie dla ludu" (i dosłownie to znaczy ta nazwa), czyli samochodzie, na który mógłby pozwolić sobie każdy obywatel. BMW z kolei to skrót od Bayerische Motoren Werke. Znaczek na mace aut tej marki jest biało - niebieski, czyli w tradycyjnych kolorach Bawarii. Jest też inne wytłumaczenie: ma to być niebo oglądane przez śmigła samolotu. Tak, samolotu, bo ta bawarska fabryka wcześniej produkowała lotnicze silniki (o tej inspiracji jest nieco w BMW World).
Są też auta zrodzone z fantazji. Jak Lamborghini.
Pochodzi od nazwiska producenta traktorów Ferrucio Lamborghiniego, człowieka bardzo pomysłowego. Po wojnie pan Ferrucio zaczął przerabiać sprzęt wojskowy na maszyny rolnicze, po czym zajął się produkcją luksusowych aut sportowych. Legenda głosi, że stało się to po sprzeczce z sąsiadem, panem Ferrari (tym od szybkich autek): Lamborghini poskarżył się na coś w swoim nowym samochodzie z jego fabryki, i usłyszał: "Zajmij się lepiej swoimi traktorami, a mnie daj robić sportowe auta". A że był ambitny, to pokazał, że też potrafi (potem zajmował się też helikopterami, ciekawe z kim i o co się pokłócił). W logo umieścił szarżującego złotego byka (to jego znak zodiaku), a kolejne modele nazywał imionami sławnych byków walczących w hiszpańskich corridach, np. Miura. Pod koniec życia wyrabiał czerwone wino Colli del Trasimento, znane też pod nazwą Blood of the Miura (Krew Miury).
Włosi to jednak mają talent do życia.
Tagi: ciekawe
22:45, dogin
Link Komentarze (2) »