Internet według Doroty, czyli subiektywny przewodnik po ciekawych stronach WWW
RSS
wtorek, 30 sierpnia 2005
Zakazane zostało

Ze zbiorów Muzeum Polski Ludowej

„Wziąć to, czego nie ma
Dodać soli i kminku
Potem zmieszać z tym, czego
Chwilowo brak na rynku”
To fragment „Przepisu po polsku”, jednego z utworów, które krążyły wśród stoczniowców w czasie sierpniowego strajku w 1980, i które wydano w tomiku „Przestańcie stale nas przepraszać..”. Trafiła tam też m.in. „Ballada stoczniowca”, „Piosenka dla córki”, „Postulat 22” i inne przykłady strajkowej twórczości. W oryginalnej postaci (strony zeskanowano) pokazuje ten tomik Muzeum Euroforum na wystawie opozycyjnych wydawnictw. Ma też ciekawe archiwa podziemnych czasopism, druków zwartych (wśród których jest m.in. „Apel do Społeczeństwa” – czyli programowa broszura KOR-u i „Dokumenty bezprawia” – raporty o represjach z lat 70-tych), ulotki (strajkowe i rządowe). Wszystko w oryginalnej postaci, więc jeśli ktoś nielegalnych gazetek na oczy nie widział, to tu ma okazję.
Zasłużone internetowe muzeum Polski Ludowej też ma wiele przykładów podziemnej twórczości – prócz dokumentów są to plakaty, ulotki, przykłady „filatelistyki alternatywnej” (czyli wydawane w podziemiu znaczki i koperty) oraz specyficzne banknoty i monety. Te ostatnie to stemplowane oryginalne pieniądze będące w obiegu (np. „dziesiątka” z nadrukiem gazem do socjalizmu) oraz podziemna twórczość walutowa ( 100 jaruzeli; wydrukowany na papierze toaletowym odin czerwoniec z Urbanem; 1 zomol; czy „pierwyj eksperymentalny ruski dolar”, w skrócie, za przeproszeniem, PiERDol).
I inne pamiątki z czasów stanu wojennego: talon na „zakup 1 pary obuwia całorocznego lub zimowego” (zawsze mnie intrygowało to całoroczne obuwie – czy to uniwersalne sandały letnio-zimowe? Przewiewne ocieplane kozaki letnie? A może pantofle – bo cały rok można w tym po domu chodzić). Albo imienne zezwolenie „na pobyt w strefie nadgranicznej w obrębie Tatrzańskiego Parku Narodowego po znakowanych szlakach turystycznych w czasie: od 11-10-1982 do 31-10-1982” (oba są tutaj).
Sporo podobnych eksponatów trafiło na stronę projektu wagon.lublin.pl (w tym taki rysunek dziecka z wrocławskiej podstawówki). A także na zielonogórską witrynę, zawierającą m.in. satyryczne obrazy (np. „Poczucie bezpieczeństwa z cyklu „Co nam dał stan wojenny”).
Tagi: historia
19:20, dogin
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 29 sierpnia 2005
Matematyka drogi
 
Zgadza się: pierwiastek ze 100 to faktycznie 10 (fot. Jamie Thingelstad)

„Driving + Math = Fun“. Dodawanie matematyki i jazdy samochodem może się wydawać dziwną operacją, ale nie w Road Sign Math. Zabawa polega na tym, aby wyszukiwać i fotografować tablice i znaki drogowe z prawidłowymi rachunkami. Cyferki (czyli podane na tablicach odległości do miast lub innych etapów trasy) mają się ładnie sumować, dzielić, pierwiastkować i co tam jeszcze komu przyjdzie do głowy.
Pomysł tej strony narodził się podczas jazdy międzystanową autostradą przecinającą Północną Dakotę. Autor (czyli Jamie Thingelstad) jechał, zobaczył ten znak a na nim słupek z „działaniem” (3 x 33 = 99). Zaczął się rozglądać za innymi takimi przypadkowymi zestawieniami cyfr i odkrył całkiem sporo. Kolekcjonuje je według stanów, ma też parę zagranicznych przykładów, z Chin, Izraela i Tanzanii. „The math here is not easy to find” – napisał o tym ostatnim egzemplarzu z safari, no i faktycznie, trzeba było aż cosinusy powstawiać żeby się rachunek zgodził (z trygonometrią na Alasce też nie było łatwo, podobnie jak ze znakiem z Wellsboro, w którym trzeba było wciągnąć do współpracy liczbę pi).
Tagi: ciekawe
22:37, dogin
Link Komentarze (1) »
sobota, 27 sierpnia 2005
I znowu Afryka

Photographs of Burkina Faso, 1970-2004 fot. Christopher Roy

Muzyka elektroniczna popłynęła z Gdańska, a ja dla odmiany po tych wszystkich laserach, sztucznych ogniach i innych cudach proponuję coś zdecydowanie „unplugged”: nagrania z Afryki, z plemienia Fulbe (Fulani), Bobo, Mossi i innych grup zamieszkujących Burkina Faso. To surowe rytmy, towarzyszące ceremoniom (np. rytualnego oczyszczenia wioski albo pogrzebu).
Nagrania pochodzą ze strony projektu Art and life in Africa z uniwersytetu Iowa. Mają tu również bogatą kolekcję zdjęć. Jeden dział to fotografie Burkina Faso z lat 1970 – 2004, autorstwa Christophera Roya (jeden przykład: coś dla pań poszukujących inspiracji do samoupiększenia). Ten sam pan uwiecznił na zdjęciach i filmach etapy powstawania tamtejszej ceramiki a jego kolega Jacob Bamogo May sfotografował technologię wytopu żelaza (też całkowicie „unplugged”, jak w dawnych wiekach).
Antropolog Joseph Hill prowadzi badania w innym afrykańskim państwie, w Senegalu. Jedna z jego stron dotyczy właśnie senegalskiej kultury, w tym muzyki, tradycyjnych instrumentów i ”griots” (kasty ludzi, którzy recytowali plemienne mity i opowieści, śpiewali, grali podczas każdej ważnej ceremonii; a i dziś dominują w tamtejszej branży artystycznej).
Z tej samej strony pochodzi zbiór nagrań w MP3: od tradycyjnych pieśni przez muzykę popularną po nagrania z katolickiego klasztoru Keur Moussa (który, sądząc po katalogu nagranych płyt, muzykuje bardzo intensywnie).

piątek, 26 sierpnia 2005
Sztuka Himalajów

Ze zbiorów Tibet House Museum, New Delhi

Teraz dla odmiany coś z bardzo odległego (geograficznie i kulturowo) regionu: Himalayan Art. Internetowa galeria malarstwa, rzeźby i tkanin z Himalajów: z Tybetu, Nepalu, Indii, Mongolii, Bhutanu, z leżącego bardziej na północ kraju Buriatów. Świat obcych (a przynajmniej dla mnie obcych) wyobrażeń i symboli, trudnych do pojęcia bez znajomości wschodniej filozofii i religii. Ilustracje do umoralniających przypowieści o Buddzie, mandale, manuskrypty, rytualne maski oraz inne tajemnicze przedmioty używane w czasie religijnych ceremonii.
Są też warte obejrzenia wystawy fotograficzne. Wśród nich niewielka kolekcja archiwalnych zdjęć sprzed chińskiej okupacji Tybetu, zrobionych przez opata klasztoru Ngor.
wtorek, 23 sierpnia 2005
Spokój panuje w Pradze

Nazwy czeskich ulic znikają (Totalita)

„Rudí bratři! Vraťte se do svých rezervací. Vinetou” (Czerwoni bracia! Wracajcie do swoich rezerwatów. Winnetou). To jeden z napisów, który w sierpniu 1968 roku pojawił się na ulicach czeskiej Pragi. Strona Totalita przytacza też inny napis, osobliwy „dekalog” Czechów z czasu inwazji na ich kraj: „1. Nevím, 2. Neznám, 3. Nepovím, 4. Nemám, 5. Neumím, 6. Nedám, 7. Nemohu, 8. Neprodám, 9. Neukážu, 10. Neudělám” (chyba zrozumiałe, nie będę tłumaczyć).
„Czerwoni bracia” wjechali wtedy czołgami aby „zaprowadzić porządek”. Bo w Czechosłowacji panował wedle ich mniemania okropny bałagan: od paru miesięcy obywatele i nowe władze mówiły o „demokratyzacji” systemu politycznego i ekonomicznego, o reformach; w czerwcu zniesiono nawet cenzurę. „Czerwoni bracia” niepokoili się coraz bardziej i wydawali gniewne ostrzegawcze pomruki: w połowie lipca na naradzie plemiennej zwołanej w Warszawie orzekli, że wypadki w Czechosłowacji zagrażają ich „żywotnym interesom”, a niedługo potem poczuli zew tomahawka i zapragnęli urządzić wojskowe ćwiczenia tuż przy czeskiej granicy. Wreszcie Wielki Czerwony Brat z Moskwy dał sygnał do ataku (radziecki minister obrony Andriej Greczko miał wtedy powiedzieć że "the invasion will take place even if it leads to a third world war" – jak podaje Radio Wolna Europa).
Nocą z 20 na 21 sierpnia 1968 ok. 200 tysięcy żołnierzy (na początku, potem było ich ponad pół miliona) najechało Czechosłowację – ludzi budził warkot lecących samolotów i sunących w kierunku Pragi czołgów. Wjechały wojska radzieckie (największa siła, 23 dywizje), węgierskie, bułgarskie, niemieckie (z NRD). I dwie polskie dywizje (od tamtego czasu Czesi mają alergię na generała Jaruzelskiego, który się im kojarzy z inwazją). Rumunia odmówiła wysłania wojsk.
Czeskie ulice nagle straciły imiona – ludzie zamalowywali lub zrywali tabliczki, by zmylić najeźdźców. A gdyby najeźdźcy zapytali o drogę, to patrz wyżej do „dekalogu” (1. Nevím, 2. Neznám itd....).
Jeszcze raz polecam stronę Totalita - to szczegółowy zapis tych wydarzeń, rozpisany na dni i godziny nawet, ilustrowany zdjęciami: czołgi na ulicach Pragi, ludzie wygrażający im pięściami lub machający narodowymi flagami, ranni na noszach, ostrzelany gmach Muzeum Narodowego. I jeszcze rzut oka na ekran czeskiej telewizji z tego dnia, z parą zatrwożonych prezenterów na tle mapy kraju.
Znalazłam garść podobnych zdjęć z prywatnej kolekcji. I ciekawą wystawę uniwersytetu w Michigan, The Soviet Invasion of Czechoslovakia: August 1968. Pokazują tu plakaty, proradzieckie ulotki propagandowe wzywające by „zachować spokój i porządek na ulicach naszej pięknej Pragi”, czeskie gazetki w języku rosyjskim (dla wojsk okupacyjnych – by im rozjaśnić trochę w łbach ukrytych pod hełmami). Pierwsze strony gazet, w tym jedna dwujęzyczna, z wielkim zdjęciem płonącej barykady pod rozgłośnią radiową i pytaniem „Dlaczego?” po czesku i po rosyjsku. I dokument z marca 69, mówiący o spontanicznych manifestacjach, do których impuls dało zwycięstwo czechosłowackiej drużyny hokejowej nad radziecką.
Parę miesięcy po inwazji zaczęła się fala samospaleń. W proteście. 16 stycznia 1969 w Pradze, przed budynkiem Muzeum Narodowego, podpalił się student Jan Palach. Umarł parę dni później. Po nim podpaliło się jeszcze 26 osób, 7 z nich zmarło.
Warto pamiętać, że w taki sam sposób, poprzez samospalenie, zaprotestował wcześniej przeciwko inwazji Polak Ryszard Siwiec. Oblał się rozpuszczalnikiem i podpalił 8 września 1968 roku, podczas uroczystości dożynkowych na Stadionie Dziesięciolecia w Warszawie. Zmarł cztery dni później wskutek poparzeń.
Tagi: historia
13:51, dogin
Link Komentarze (4) »
sobota, 20 sierpnia 2005
Szczękając szczękami

Terry Johnstone, Polujący rekin (Fiona's Shark Mania)

Zajrzałam w głębiny i znalazłam rekiny. I to gdzie – w Morzu Śródziemnym. Na szczęście rekin był wirtualny, morze zresztą też, a spotkanie miało miejsce w MedSharks, serwisie o badaniach nad gatunkiem Carcharhinus plumbeus (w angielskiej terminologii sandbar shark, w naszej żarłacz brunatny atlantycki).
Zgodnie z tym co tu piszą są one małe (jak na rekina – jak dla mnie coś co ma 2 metry długości z pewnością nie jest maleństwem) raczej nie żywią morderczych instynktów wobec ludzi, wolą rybki denne, kraby, krewetki, ośmiornice, i inne „owoce morza” (jednym słowem jadają to samo co miłośnicy kuchni śródziemnomorskiej, tyle że na żywca i taniej). Lekceważyć ich jednak nie należy bo “Although it has been rarely associated with attacks on humans, its size makes it potentially dangerous” – jak można wyczytać w ich charakterystyce zamieszczonej na ichtiologicznej stronie Florida Museum of Natural History.
Właśnie na stronie florydzkiego muzeum, jak i w serwisie Mediterranean Shark Site (który jakoś ostatnimi czasy nie jest aktualizowany, więc nie wiem czy autora coś nie zjadło) można poczytać wiele ciekawych rzeczy o pozostałych gatunkach rekinów pluskających się w Morzu Śródziemnym oraz w innych morzach i oceanach. Oprócz nieszkodliwych osobników typu sharpnose sevengill shark występuje tu parometrowy żarłacz biały czyli ludojad (który też zagląda na Morze Śródziemne; a prócz ryb, żółwi, fok i delfinów zjada – jak pisze Rybie oko - „wszystko, co mu się nawinie pod paszczę”).
Wspomniane strony publikują rejestry ataków rekinów. Mediterranean Shark Attack File dotyczy wyłącznie Morza Śródziemnego (do 2003 roku). Druga, florydzka, zawiera statystyki i raporty z całego świata (według regionów, krajów, gatunków nawet). Zestawia je z innymi zagrożeniami - np. wypadkami rowerzystów, piorunami, atakami aligatorów i in.). A przede wszystkim przestrzega przed demonizowaniem tych morskich zwierząt (trzeba wkalkulować ryzyko spotkania, bo to ryby są "u siebie" w wodzie, a nie człowiek) i patrzeniem na nie jak na krwiożercze potwory lubujące się w odgryzaniu nóg (do czego walnie przyczynił się Spielberg kręcąc te swoje ”Szczęki”. Gdyby wiedział o śródziemnomorskich rekinach, to pewnie nakręciłby kolejną część w której zjadani byliby plażowicze moczący odwłoki u brzegów Włoch czy Francji - "Rekin na Lazurowym Wybrzeżu czyli wielkie żarcie 2" to byłoby to. A potem dla odmiany wziąłby się za horror o fokach-mordercach z zimnego Bałtyku).
To na koniec humor rekinów.
Tagi: przyroda
00:58, dogin
Link Komentarze (1) »
środa, 17 sierpnia 2005
Śródziemnomorski świat

Corinth Canal

Kto się interesuje żeglugą i tym co pływa po morzach, to w greckim serwisie Navis znajdzie sporo tego typu informacji (ze szczególnym uwzględnieniem greckiej floty i techniki). Dla mniej zainteresowanych marynarskimi sprawami też jest coś ciekawego, na przykład kolekcja zdjęć Grecji i innych rejonów Morza Śródziemnego wykonanych przez satelitę. Są na nich wyspy (oto jak wygląda z góry Cypr), porty (np. Aleksandria w Egipcie) i inne ziemno-wodne formacje. W niesatelitarnych galeriach kryją się także inne widoki z różnych części świata, od greckich pejzaży po norweskie fiordy i góry lodowe. Aby się to wszystko milej oglądało, jest trochę muzyki - pogodne lub dla odmiany rzewne melodie w midi (m.in znany motyw z Greka Zorby).
Jest także rozdział o kanałach, wśród nich o Korynckim. Ale żeby dowiedzieć się o nim trochę więcej, najlepiej zajrzeć na jego oficjalną witrynę.
W głębinach Morza Śródziemnego jest także ciekawie, przede wszystkim dlatego, że dno pokrywają niezliczone wraki statków z różnych epok. Włoska Abysso opisuje kilkaset takich podwodnych znalezisk zatopionych w mule i zwiedzanych przez ryby (traktujących je zapewne jak wyposażenie ich sporego śródziemnomorskiego akwarium). Czego tu nia ma: prócz statków także samoloty i okręty podwodne z ostatnich wojen; poza tym towary przewożone na pokładzie, np. amfory sprzed wieków, które poszły na dno ze swoją cenną zawartością. Do tych eksponatów Abysso dołączył opisy ryb, flory i muszli.
niedziela, 14 sierpnia 2005
Franciszek, Słońce i wiatr

Fresk Giotta – św. Franciszek wygłasza kazanie do ptaków (Christus Rex)

Hiszpanie mają swoje el Camino de Santiago (szlak Św Jakuba z Composteli, o którym kiedyś coś więcej napiszę), a Włosi Cammino di Francesco, czyli pielgrzymkowo-turystyczny szlak wiodący przez miejsca związane ze Św. Franciszkiem z Asyżu. Prowadzi on Doliną Rieti, zwaną też Świętą Doliną (Valle Santa). Św. Franciszek zawitał tu po raz pierwszy w 1208 roku, potem wracał wielokrotnie. Z tymi okolicami wiąże się parę ważnych epizodów z jego życia: to tutaj z jego inicjatywy powstała w roku 1223 pierwsza bożonarodzeniowa szopka, tutaj napisał regułę zakonu franciszkanów i utwór „Cantico delle Creature” (w którym wychwalał „brata Słońce” i „siostrę wodę”).
O jego bytności w Dolinie Rieti przypominają istniejące do dziś franciszkańskie klasztory: w Poggio Bustone, Fontecolombo, Greccio (to właśnie tutaj powstała owa szopka) i La Foresta. Wszystkie opisuje Santuari Francescani della Valle Santa di Rieti.
Chcąc iść dalej jego śladem, trzeba opuścić dolinę i skierować się w stronę Asyżu (w którym wiódł w młodości dostatnie życie kupieckiego syna), ku tamtejszej Bazylice z freskami Giotta. Dalej do pobliskiego miejsca nazwanego Porziuncola („cząsteczka”), w którym zamieszkał ze swoimi pierwszymi współbraćmi w szałasach postawionych wokół kościoła Santa Maria degli Angeli. I na górę La Verna, do tamtejszego sanktuarium, gdzie miał otrzymać stygmaty.
A tak swoją drogą to interesująca i obfitująca w paradoksy biografia. Bogacz który wybrał żywot żebraka, zaprawiony w bojach rycerz który został pacyfistą, mieszczuch który ukochał wiejskie życie i uczył ludzi szacunku do przyrody.
No i jeszcze: święty którego imieniem nazwano kalifornijskie San Francisco (to św. Franciszek po hiszpańsku). Patron ekologów (na podstawie jego nauk sformułowano franciszkański ”dekalog ekologiczny”, który zaleca m.in.: „Kiedy ścinasz drzewo zostaw choć jeden pęd, aby jego życie nie zostało przerwane”, „Stąpaj z szacunkiem po kamieniach, gdyż każda rzecz posiada swoją wartość”).
piątek, 12 sierpnia 2005
Potknięcia bieszczadzkie

Fot. Michał Ludwiczak (Bieszczady.info.pl)

Wszędzie się potykamy o historię, ale w Bieszczadach szczególnie. Całkiem dosłownie potknąć się można o to, co zostało z niektórych dawnych wsi, takich jak Beniowa, Caryńskie, Sianki czy Łopienka. Kiedyś były teraz ich nie ma, zostały cmentarze i czasem cerkwie - jak w Łopience właśnie (te które nie przetrwały można obejrzeć na stronie z makietami zabytków bieszczadzkich - miniaturkami dworków, klasztorów, cerkwi i nawet miasteczek). Ludzi wygnano – za wschodnią granicę lub na Ziemie Odzyskane, w ramach rozprawiania się z UPA i jej zapleczem - o czym więcej w serwisie o Akcji Wisła. W przewodniku książkowym wyczytałam, że po dawnych wsiach zostawały także koty, które zdziczały i krzyżowały się z bieszczadzkimi żbikami – ot, taki uboczny skutek wysiedleń.
W symbolicznym sensie można nadepnąć na dawną granicę. Bo powojenne porządki dotyczyły także jej przebiegu – w 1951 roku Bierut podpisał w Moskwie Umowę o zmianie granic: zamienił 480 kilometrów kwadratowych w woj. lubelskim na tyle samo w Bieszczadach, w ten sposób pozyskaliśmy np. Ustrzyki Dolne i Lutowiska (a Związek Radziecki dostał to co chciał i co stanowiło powód zamiany: kopalnie węgla kamiennego pod Sokalem). I tym razem nie obyło się bez przeganiania ludzi: przesiedlono mieszkańców wsi z oddanej ZSRR Sokalszczyzny.
Zmieniali się ludzie, zmieniały granice, tylko góry są jakie były, piękne i obojętne na wszystko co się wokół dzieje. Popatrzcie jak piękne i jak obojętne.
Tagi: przyroda
18:29, dogin
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 08 sierpnia 2005
„Najkrótszą drogą”

Gen Sosabowski pod Nijmegen, 24 września 1944 (Sosabowski Family Website)

„Duży temperament i stanowczość. Inteligencja rozlegla, pracuje szybko i wydajnie, we współżyciu trudny z powodu chęci narzucania swej woli. Podporządkowanie się sprawia mu nieraz trudności. Lubi samodzielność i odpowiedzialność” – to opinia z przedwojennych akt generała Stanisława Sosabowskiego, dowódcy 1 Samodzielnej Brygady Spadochronowej walczącej pod Arnhem. Trafna opinia, zważywszy na jego dalsze losy.
To kolejna warta przypomnienia i niezwykła postać. I kolejna biografia jak scenariusz filmu, którego jakoś nikt nigdy nie chciał nakręcić.
Nie będę tu streszczać całego bogatego życia: to znajdziecie na stronie rodziny Sosabowskich (w biografii), w tym artykule lub w Wikipedii.
Tylko parę wojennych epizodów, o których obszernie piszą także w The Battle of Arnhem).
Na przykład to, że gdy dowódca brytyjskich wojsk desantowych gen. Browning chciał połączyć polską Brygadę z brytyjską i postawić na czele połączonej dywizji właśnie Sosabowskiego, ten odmówił. Powód? Budował polską formację z myślą o desancie w kraju (by wrócić do Polski „Najkrótszą drogą” – jak brzmiało hasło Brygady). Wolał poświęcić swój awans niż zmienić to założenie.
Albo to, że zgodnie z opinią zacytowaną na początku zawsze miał swoje zdanie i nie omieszkał krytykować nawet brytyjskich przełożonych snujących nierealne plany ataku. Że ta krytyka czasem skutkowała, np. odwołaniem operacji o kryptonimie Comet (“During the briefing for Comet, Hackett remembered a typically fanciful plan being presented, and Sosabowski saying in his 'lovely deep voice', "But the Germans, General, the Germans!" – wspominał oficer brytyjski, który stanął wówczas po jego stronie). Ze zażądał od gen. Urquharta rozkazu na piśmie (“so that he would not be held responsible for the disaster that would surely follow”), że w czasie operacji Market-Garden domagał się szczegółowych raportów by nie narażać swoich żołnierzy (“He even issued an ultimatum to Brereton, threatening that unless accurate information was provided on the status of the 1st Airborne, then the Brigade would refuse to take off. A reply was soon received to the effect that Sosabowski knew more about the situation than Brereton”) i że nie odpuszczał już w trakcie operacji desantowej (jeden zabawny epizod: generał dorwał gdzieś damski rower i na nim objeżdżał stanowiska Brygady; zawrócił napotkane brytyjskie samochody pancerne i przekonał ich dowódców by wspomogły Polaków (“Persuaded by this argument Lieutenant Young went forward, led by Sosabowski on his bicycle, and the presence of this vehicle and the fire from its 2-pounder and Bresa machine-gun forced the Germans to pull back”).
Ale krytykowanie przełożonych nie uchodzi bezkarnie. W listopadzie 44 gen. Browning sporządził raport z którego jasno wynikało, że Gen Sosabowski do dowodzenia się nie nadaje. I w grudniu został z tego stanowiska odwołany. Jego żołnierze w proteście podjęli głodówkę (protestowali w podobny sposób już w sierpniu 44 roku, domagając się od aliantów pomocy dla Powstania Warszawskiego).
Gdy skończyła się wojna, Stanisław Sosabowski podobnie jak generał Maczek pozostał na emigracji. I podobnie jak generał Maczek został przez PRL-owski rząd pozbawiony polskiego obywatelstwa (a brytyjskiego nie przyjął). Imał się różnych zajęć: remontował domy, prowadził warsztat tapicerski, wreszcie został magazynierem w fabryce urządzeń elektrycznych „CAV”. Z biografii: „Jego zarobek wyniósł 6 funtów tygodniowo. Przez kolejne 17 lat był prostym robotnikiem znanym współpracownikom jako ‘Stan’. Odchodząc z pracy w wieku 75 lat nie nabył praw emerytalnych, otrzymał skromną odprawę, a od kolegów złote pióro”.
Złote pióro.
A my w tym czasie hodowaliśmy generałów pokroju Jaruzelskiego, którego życiowy dylemat sprowadził się do pytania, czy spacyfikować rodaków własnymi siłami, czy pozwolić by zrobili to „sojusznicy”.
Różnica klasy proszę państwa. Klasy.
Tagi: historia
22:29, dogin
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2