Internet według Doroty, czyli subiektywny przewodnik po ciekawych stronach WWW
RSS
czwartek, 31 sierpnia 2006
Elegancja Francja

Burżuazja w restauracji

Pospacerujemy nad Sekwaną, po France in the Age of Les Miserables, czyli Francji z czasu "Nędzników".
Strona jest historyczna, ale daleka od podręcznikowych schematów. Pokazuje, jak się w tamtych czasach żyło, i to na różnych piętrach francuskiego społeczeństwa. Na samym dole - w świecie paryskich rzezimieszków i miejskiej biedoty, a także kurtyzan, cyganerii artystycznej, burżuazji wreszcie. Pokazuje też dosłownie, nanosząc te podziały na mapy i obrazy Paryża.
W Paryż, miasto światła opisują opniotwórcze salony. Miejsca-instytucje, w których się dyskutowało na tematy kulturalne, polityczne, społeczne. Zdominowane przez kobiety, takie jak Madame de Stael czy traktowana tu niemal jak salonowy wzorzec z Sevres Madame Geoffrin.
Albo takie restauracje. Jak się okazuje miały wiele wspólnego z rewolucją, w sensie ideowym i kulinarnym. Burżuazja zaczęła bywać w lokalach i urządzać prywatne bankiety, by w ten sposób zaakcentować swój wyższy status i swoje ambicje dorównania arystokracji (we wszystkim: kulinarnych gustach, manierach, strojach wreszcie). To raz, a dwa: po Rewolucji 1789 roku wielu kucharzy straciło pracodawców (którzy poszli na szafot), przygarnęły ich właśnie restauracje, i odtąd smaki znane dotąd z arystokratycznych stołów stały się szerzej dostępne.
Mnóstwo tu takich ciekawostek (symbolika strojów, rola druku, kultura kawiarniana i in.), ja jeszcze o jednej tylko: o paryskich stereotypach. Z całą listą cech, przypisywanych mieszkańcom przez obcokrajowców odwiedzających Paryż, takich jak: nienaganne maniery (na salonach wyszlifowane), elegancja, upodobanie do prowadzenia błyskotliwych konwersacji. Są nawet dokładniejsze opisy dotyczące osobno kobiet (silne, władcze, wiedzą czego chcą) i panów (ci dla odmiany mieli być bardziej bierni, niezdecydowani, podatni na wpływy - tych władczych pań szczególnie).
czwartek, 24 sierpnia 2006
Świat, który przepłynął

Obraz Hiroshige, lata 40-te XIX wieku (Arts and designs of Japan)

Z przepastnych magazynów Biblioteki Kongresu: The floating world of ukiyo-e, czyli wystawa japońskich drzeworytów i obrazów, należących do nurtu ukiyo-e (czyli z okresu od 17 do 19 wieku). Artyści tworzący takie właśnie "obrazy przepływającego świata" (jak się to zazwyczaj tłumaczy) mieli swoje ulubione tematy, tu po kolei zilustrowane. Uwieczniali portrety japońskich piękności, prawdziwych i fikcyjnych, realnych i wyidealizowanych: kurtyzan, gejsz, historycznych osobistości i zwyczajnych mieszkanek. Dalej: cieszących się popularnością aktorów z teatru kabuki, w pełnych ekspresji pozach i minach (odbitki pełniły taką rolę, jak dziś powielane dla fanów zdjęcia i plakaty z podobiznami idoli). Trzecim żelaznym tematem były krajobrazy - ten motyw rozpowszechnił się zwłaszcza w epoce Edo, gdy ludzie zaczęli częściej podróżować.
Parę ciekawych rzeczy jest w dziale Japonia i Zachód. Bo tu można zobaczyć, jak Japończycy postrzegali i odmalowywali barbarzyńców - czyli ludzi i miasta Europy i Ameryki. Jak widzieli Waszyngton czy spragnionych egzotyki Rosjan czy Francuzów w lokalach Jokohamy.
Przy tej okazji jeszcze inna galeria, z podpisami artystów ukiyo-e, zostawianych na obrazach.
Oraz Arts and designs of Japan: obszerny katalog z wyborem prac, kolejno na każdy miesiąc.

piątek, 18 sierpnia 2006
Z ziemi francuskiej do Polski

Hallerczycy na paradzie zwycięstwa w Paryżu, 1918 r. (Armia Polska we Francyi)

Nazwano ją Błękitną Armią, od koloru mundurów. Albo Armią Hallera, od nazwiska dowódcy. Jej historia zaczęła się w 1917 roku, podczas I wojny, kiedy to Francja zezwoliła na utworzenie u siebie polskich oddziałów, złożonych z tamtejszych emigrantów, jeńców wojennych (czyli Polaków, których niemało było w szeregach austriackich czy niemieckich) i ochotników zza Oceanu. Dowództwo powierzono generałowi Józefowi Hallerowi (byłemu oficerowi CK armii i legioniście, który do Francji dotarł przez Syberię i Murmańsk). Formacja walczyła w Szampanii i nad rzeką Marną, w 1919 roku przetransportowano ją do Polski - liczyła wówczas ok. 70.000 żołnierzy (wraz z nią przyjechał późniejszy generał Charles de Gaulle, wówczas kapitan, u nas pełniący funkcję instruktora wojskowego). Trafiła na front polsko-ukraiński.
To tak w dużym skrócie. Szerzej opowiada o niej Armia Polska we Francyi albo inny poświęcony "Błękitnym" serwis, General Jozef Haller and the Blue Army.
Oba są polonijne, sporo tu więc o rekrutacji prowadzonej wśród Polaków za Oceanem, np. przez Polish Falcons (emigracyjna wersja działającego pod zaborami "Sokoła").
Mają też ciekawe pamiątki (mundury, medale), dokumenty i zdjęcia, wśród nich jest np. Deklaracya ochotnika, podpisywana przez wstępujących do armii. "Ja niżej podpisany pragnąc walczyć o wolność i niepodległość zjednoczonej Polski, wstępuję w szeregi Armii Polskiej we Francyi z własnej woli i przyrzekam władzom wojskowym bezwarunkowe posłuszeństwo. Tak mi dopomóż Bóg!". A dodatkowo odsyłają do indeksu z nazwiskami żołnierzy Błękitnej Armii.
wtorek, 15 sierpnia 2006
Patrz pod nogi

Właz kanału w Thionville (Manhole-covers)

Depczemy po nich. Zresztą trudno nie deptać, skoro zatopione są w chodnikach i w jezdniach. Pokrywy kanałów, żeliwne koła osłaniające zejścia w podziemne czeluście.
Różne: z wytłaczanymi wzorami i napisami, z herbami miast, z wszystkimi przynależnymi tytułami (na niektórych krakowskich widnieje dostojne: "Stołeczne Królewskie miasto Kraków". Aż strach podeptać).
Co kraj to inne wzory. W Manhole-covers jest sporo francuskich pokryw, zdobnych w geometryczne i roślinne ornamenty. Podobnie w Traque Aux Plaques, gdzie dodatkowo podzielili je na typy (do studzienek z rurami gazowymi, kablami telekomunikacyjnymi, elektrycznymi itp.) i wybrali "najpiękniejsze".
Dla porównania: nieco norweskich. Przy okazji dowiedziałam sie, że po norwesku kanał to "kloakk".
Zupełnie niepodobne do nich są włazy japońskie. Przede wszystkim są kolorowe, nie jednolito stalowobure, jak większość. Z namalowanymi wizerunkami postaci z bajek (a może z legend?), kwiatami, rybami, okrętami. I górą Fuji, a jakże.
Można zapomnieć, że tam pod spodem płyną ścieki.
czwartek, 03 sierpnia 2006
Jak pies szczeka po turecku

Tablica rejestracyjna z Argentyny (o czym niżej)

Kontynuując wątek z poprzedniej notki o królikach i kichaniu (i z inspiracji kogoś, kto się w komentarzu podpisał "kwiat paproci"): Animal Sounds Dereka Abbotta. Czyli o tym, jak w ludzkiej mowie z różnych części globu naśladuje się głosy zwierząt.
Tak proszę państwa, kaczka nie zawsze robi "kwa-kwa". Może robić "rap-rap" (po duńsku), "pa-pa-pa" (po grecku). Koń rży paszczowo "iha-haa", "Hi hi"; a stuka kopytami "klip klap" albo "paka paka". Sowa pohukuje "huhuu", "uh uh uh!" lub "uuu uuu".
I tak dalej.
A teraz też o różnorodności, ale innego typu: Museo de las Patentes Argentinas. Pod tą nazwą kryje się argentyńskie muzeum samochodowych tablic rejestracyjnych. Są tu tablice stare i nowe, z różnych regionów kraju, o różnych kształtach i kolorach, z różnymi typami krojów czcionek itp. Wśród nich ciekawostka z prowincji Neuquen, tablica z napisem Eva Peron (to najwyraźniej ta pani bardziej znana pod zdrobniałym imieniem Evita, żona prezydenta Argentyny, Juana Perona).