Internet według Doroty, czyli subiektywny przewodnik po ciekawych stronach WWW
RSS
czwartek, 29 września 2005
Od Maorysów do Polaków

Kapitan Cook – znaczek nowozelandzki z 1940 roku, Te Ara

Nowa Zelandia ma stosunkowo krótką historię. Pierwsi odkrywcy – żeglarze ze wschodniej Polinezji – przypłynęli tu w 13 wieku. Stamtąd przyszła też pierwsza fala osadników - przodków dzisiejszych Maorysów (którzy nawiasem mówiąc wcale się tak nie określali, nazwa „Maori” pojawiła się dopiero po przybyciu Europejczyków. Znaczy to po prostu „zwyczajni ludzie”, w odróżnieniu od „Pakeha” – „biali ludzie”). Na temat ich pochodzenia snuto przedziwne teorie, łącznie z taką, że to potomkowie semickich plemion lub Aryjczyków z Indii. Według maoryskiej tradycji te początki tkwiły w mitycznym Hawaiki.
Internetowa encyklopedia Nowej Zelandii, Te Ara, poświęca Maorysom wiele miejsca, ale obszernie opisuje też europejskie odkrycia (m.in.wyprawy Jamesa Cooka), kolejne fale kolonizacji i imigracji. Polskie epizody również, dotyczące emigrantów wojennych i powojennych.
Wśród nich jest ciekawa historia zaproszonych przez rząd nowozelandzki polskich dzieci - głównie sierot i półsierot z rodzin deportowanych po 17 września 1939 na Syberię, które wraz z Armią Andersa z zawędrowały potem na Bliski Wschód, do Isfahanu.
W 1944 roku grupa 733 dzieci i ponad 100 dorosłych opiekunów przypłynęła statkiem do Nowej Zelandii (na zaproszenie premiera kraju, który nadał im bezterminowo status gości). Zakwaterowano je w dawnych zabudowaniach wojskowych koło miasteczka Pahiatua. Tak powstał „Polish Children's Camp - Pahiatua” – całe dziecięce miasteczko ze szkołami, szpitalem, kaplicą, salą widowiskową (i główną ulicą imienia gen. Tadeusza Bora-Komorowskiego). Uczono je tam zgodnie z polskim programem (bo po wojnie miały wrócić do kraju). Ale ponieważ pochodziły z Kresów, okazało się że nie mają gdzie wracać: otrzymały więc prawo stałego pobytu. Większość z nich została, i mieszka w Nowej Zelandii do dziś (choć powojenne komunistyczne władze domagały się w 1947 roku ich powrotu, bezskutecznie).
Dla zaciekawionych tym epizodem: album Tułacze dzieci (Z zapiskami z dziecięcego pamiętnika) oraz ilustrowane archiwalnymi zdjęciami wspomnienia The Invited Krystyny Skwarko, nauczycielki która podobnie jak dzieci trafiła przez Syberię do Pahiatua.
wtorek, 27 września 2005
Fotografia nocą

Lonely Night, Ha'penny Bridge w Dublinie, fot. Philip Pankov

Nocą wszystko wygląda inaczej: zacierają się kształty, znikają barwy, drzewa nie są już zielone tylko czarne. I to też ma swoje uroki. Szczególnie dla fotografików skupionych wokół serwisu The Nocturnes, których łączy właśnie upodobanie do nocnych zdjęć.
Fotografują ulice miast, domy (niektóre, za dnia całkiem zwyczajne i nudne, nocą wyglądaja dość upiornie), drzewa, pomniki, kaktusy na pustyni i inne obiekty.
Sean McHugh upatrzył sobie szacowne mury uczelni Cambridge, sportretował ją (w dość odrealnionych obrazach) w serii Cambridge in Colour.
William Lesch poszedł w zupełny surrealizm, tworząc barwne kompozycje ze złożenia ujęć dziennych i nocnych wykonanych na tym samym filmie (nie mam pojęcia w jaki sposób).
Irlandczyk Philip Pankov przeciwnie: robi tylko czarno-białe fotografie. W Pictures of Ireland znalazły się jego nocne zdjęcia Dublina.
I podobnie Adam Moore, autor czarno-białych pejzaży San Francisco i okolic: portów, nabrzeży, polnych dróg, starych stodół i innych „elementów krajobrazu”.
piątek, 23 września 2005
Brasilia, stolica Brazylii

Wnętrze katedry w Brasilii, fot. Augusto Areal (Pictures from Brasilia)

Są miasta organiczne, rosnące przez wieki, od małej osady do metropolii. I są takie, które pojawiły się nagle, wskutek czyjegoś kaprysu czy przemyślanej politycznej decyzji. Wyrosły bez korzeni – od razu przybierając dojrzałą formę wymyśloną przez projektantów.
Właśnie tak powstała Brasilia - stolica Brazylii od 1960 roku (czyli od zdetronizowania Rio de Janeiro). O tym, by ulokować miasto w głębi lądu, ponad tysiąc kilometrów od morza (1200 km od Rio) zdecydował w 1955 r prezydent Juscelino Kubitschek. Jednak sam pomysł pojawiał się już sto lat wcześniej – mówiono, że dzięki temu kraj się będzie harmonijniej rozwijał (tj. nie tylko na wybrzeżu, ale i w środku), a stolicy nie zagrozi atak obcej floty.
Brasilia miała być piękna i nowoczesna. Ogłoszono konkurs, nadeszły projekty. Zwyciężył Lucio Costa i jego projekt miasta , które widziane z góry kształtem przypominałoby samolot (lub ptaka jak kto woli – oceńcie sami na zdjęciu satelitarnym z Google Maps ). Miasta idealnego i uporządkowanego: z usytuowanymi na głównej osi - „kadłubie samolotu” - budynkami administracyjnymi i rządowymi (które projektował Oscar Niemeyer); z częścią mieszkalną na „skrzydłach” (z takimi oto superblokami).
Obejrzyjcie archiwalne zdjęcia z budowy. To niezwykłe obrazy (bo powstawanie miasta „z niczego” to niezwykły widok). Wznoszone w szczerym polu bloki, zalążki dworca autobusowego, szkielet gmachu Kongresu Narodowego, katedra o przedziwnym kształcie (jak indiański szałas, ale z ciekawym wnętrzem). I dla porównania zdjęcia współczesne.
Miasto idealne można owszem zaplanować. Ale nie można go zrealizować. Brasilia – zaprojektowana dla pół miliona ludzi – ma obecnie 2 miliony mieszkańców. Rzeczywiście udało się wciągnąć rzesze w głąb kontynentu: tyle że początkowo byli to fachowcy i robotnicy pracujący przy budowie, a z czasem biedota szukająca lepszego życia. Te „nadprogramowe” półtora miliona gnieździ się teraz w powstających wokół miastach- satelitach.
Wad jest zresztą więcej. A najważniejsza jest chyba ta, że Brasilia to miasto obce kulturowo, zrodzone z europejskiej utopii: „Perhaps the greatest criticism of Brasília is that it is a culturally inappropriate city. Brasília is based upon European ideas, not Brazilian ones. Brasília was built for the automobile in a society where the automobile is still a status symbol. The social disparities clearly evident in Brazilian society are much to great for any idealistic city to overcome. The modernist view that an ideal city would produce an ideal society is clearly objectional, the modernist view did not take into account the human aspect a city, and therefore failed”.
Tagi: miasta
22:46, dogin
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 19 września 2005
Kamikaze w torpedach

Wrzesień 1944. Oficerowie marynarki, wśród nich por. Nishina, pomysłodawca „żywych torped“

Słowo „kamikaze” kojarzy się z samobójczym atakiem lotniczym (głównie za sprawą amerykańskich filmów wojennych, które taki właśnie obraz powielały). Mniej znana jest historia samobójczych ataków prowadzonych przez japońskie „żywe torpedy” („kaiten”), wbijające się w kadłuby amerykańskich okrętów wojennych.
Kaiten special attack forces dotyczy właśnie tych formacji, utworzonych w końcowym okresie wojny na Pacyfiku. To strona pisana z japońskiej perspektywy, w hołdzie tym, którzy zginęli – poświęcona konkretnym ludziom, wymienionym tu z imienia i z nazwiska i sportretowanym na archiwalnych fotografiach. Przedstawia ich kolejno według grup wyznaczonych do wypełnienia „Misji Kaiten” – Kikusui, Kongo, Shinmu i kolejnych. Są tu pamiątkowe fotografie kadetów akademii marynarki wojennej (stąd pochodzili ochotnicy do kaiten), załóg okrętów podwodnych, zdjęcia z ceremonii poprzedzających samobójcze misje i pożegnalne zdjęcia żołnierzy z białymi przepaskami na czołach.
Szczególnie upamiętniony został jeden z uczestników misji – 23-letni por. Fujio Kawai. Opublikowano tutaj jego prywatny album – ze zdjęciami i jego podpisami (przetłumaczonymi na angielski). Otwiera go zbiorowa fotografia absolwentów akademii w galowych białych mundurach (jego rocznik), dalej są zdjęcia z wycieczek, fotografie oficerów z okrętu wojennego na którym służył, przyjaciół którzy zginęli („Z Ito piliśmy sake, był wspaniałym człowiekiem” – napisał pod jednym, a pod innym: „Połowa z nich poległa. Teraz moja kolej”). I na końcu zdjęcie z jego ostatniej misji w marcu 1945 (prawdopodobnie włożone do albumu po jego śmierci).
Paradoksalnie - imię „Fujio” znaczy dosłownie „człowiek, który nie umiera”.


Przed misją: oficerowie grupy „Tenmu” z gałązkami kwitnącej wiśni.
Tagi: historia
19:32, dogin
Link Komentarze (6) »
piątek, 16 września 2005
Krzemowa Dolina
 
Kalifornia kwitnąca

Krzemowa Dolina jest symbolem komputerowej rewolucji 20 wieku. Ale jak wyglądała wcześniej, zanim wprowadziły się tu firmy produkujące te małe sprytne pudełka? Czym się zajmowali i jak wyglądali jej mieszkańcy?
Właśnie na dokumentowaniu dawnego życia Doliny skupia się Silicon Valley History Online. Gromadzi archiwalia pochodzące ze zbiorów miejscowych muzeów i bibliotek. Przede wszystkim zdjęcia, a także pocztówki, mapy, zaproszenia, programy dawnych uroczystości i inne ciekawe szpargały zachowane dla potomności.
Można sobie oglądać Kalifornię rolniczą – pola, kwitnące sady, sielskie farmy wśród zielonych wzgórz. Albo dla odmiany miejskie pejzaże: ulice z automobilami i tramwajami, firmy i ludzie (tu np. prezentuje się damska załoga salonu piękności), a tu azjatyccy studenci z Santa Clara College, ok. 1890); bankiety; pojazdy udekorowane z okazji parady, biurowe wnętrza z ok 1935 roku. I wreszcie: zalążki fabryk i nowych technologii (np w postaci takich kalkulatorów).
wtorek, 13 września 2005
My, podpisani


W 1926 roku amerykański prezydent Calvin Coolidge otrzymał od Polski osobliwy dar. Było to 111 tomów księgi pamiątkowej z podpisami, złożonymi z okazji 150 rocznicy uchwalenia Deklaracji Niepodległości USA. Podpisy zbierano przez parę miesięcy w całym kraju – wpisywali się przedstawiciele władz wszystkich szczebli, instytucji i organizacji, duchowni, uczeni, artyści oraz ok. 5.5 miliona uczniów.
Księgi trafiły do Biblioteki Kongresu USA, do działu rękopisów. 13 z nich opublikowano w internecie, na wystawie Polish Declarations of Admiration and Friendship for the United States. Ogląda się je strona po stronie, jak oryginały, można sobie powiększać dla łatwiejszego studiowania szczegółow (a warto!).
Kogo tu nie ma: Członkowie Klubu Myśliwskiego z Warszawy i Automobilklubu, „Duchowieństwo Dyjecezji Warszawskiej”. Jest karta z litografią Leona Wyczółkowskiego (przedstawiającą wnętrze Kościoła Mariackiego), pod którą podpisy złożyli „Profesorowie i Zarząd Akademji Sztuk Pięknych w Krakowie”, wśród nich: Xawery Dunikowski, Józef Mehoffer, Leon Wyczółkowski. Dalej profesorowie Uniwersytetu Jagiellońskiego (na Wydziale Prawa zamaszysty podpis złożył m.in. Fryderyk Zoll, zbieżność nazwisk z prof. Andrzejem Zollem nieprzypadkowa). Dalej przedstawiciele organizacji studenckich, którzy nie żałowali pieczątek (opieczętowali nimi całe stronice): Akademickie Koło Kresowe, Akademicka Sodalicja Mariańska, Związek Niezależnej Młodzieży Socjalistycznej (prezes: Oskar Lange. Pewnie ten od starego podręcznika ekonomii politycznej) i mnóstwo innych.
Dalej profesorowie i studenci Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie, uczniowie innych tamtejszych renomowanych szkół (a na kartach jednej z nich znalazłam podpis – prawdopodobnie - Czesława Miłosza).
I dalej: szkoły powszechne, gimnazja – nauczyciele, katecheci, uczennice i uczniowie, kolejno według klas. Litanie nazwisk, żeńskie obowiązkowo z końcówką „–ówna” („Stanisławczukówna Helena” z żeńskiego seminarium nauczycielskiego w Czortkowie; „J. Rappaportówna” z Gimnazjum Koedukacyjnego w Radomsku). Zamaszyste podpisy starszych uczniów i nieudolne, czasem z kleksami - dzieci.
To nie tylko historyczna ciekawostka. To także ciekawe źródło genealogiczne. Można tu wytropić przodka, zobaczyć jego podpisy z czasów szkolnych czy późniejszych. Tylko trzeba pogrzebać, przedrzeć się przez gąszcz nazwisk.
Ja pogrzebałam. I znalazłam.
czwartek, 08 września 2005
Kosmos bliski i daleki

Lody (banan, truskawka) pod mikroskopem

W serwisie o fotografii mikroskopowej Molecular Expressions byłam już nie raz, ale wciąż odkrywam jakieś nowe rzeczy. Bo też wsadzają tu pod mikroskop wszystko co się da: raz skrzydła motyli, kiedy indziej burgery i frytki albo piwo (według krajów i gatunków: oto piękny czeski Staropramen lub czerwone jak komunizm chińskie tsingtao; tylko polskich nie ma).
I w tym gąszczu obrazków znalazła się wystawa Secret Worlds: The Universe Within. To sekwencja zbliżeń i powiększeń – obrazów otrzymanych z użyciem teleskopu i mikroskopu. Pokazują dwa niedostrzegalne gołym okiem światy, mikro-i makrokosmosy. „Podróż” zaczyna się 10 milionów lat świetlnych od Drogi Mlecznej, długo trwa zanim pojawi się maleńka kropeczka – Słońce, potem cały Układ Słoneczny, Ziemia, miasto Tallahassee na Florydzie (siedziba laboratorium które to przygotowało), drzewo koło laboratorium, i w końcu liść. Na liściu zaczyna się druga częśc podróży, w głąb tkanek, komórek, atomów, aż do poziomu kwarków.
Pouczająca wyprawa, bo pokazuje, że żyjemy pomiędzy dwoma światami których granic tak naprawdę nie znamy. To uczy pokory (może politycy przed wyborami powinni sobie to pooglądać, aby zrozumieć, że nie są pępkiem wszechświata?).
wtorek, 06 września 2005
Nauka o nauce

Giovanni Baptista Della Porta „Magia naturalna”, 1664 (wcale nie o magii, lecz o optyce). History of Science

Czy postęp w nauce dokonuje się rewolucyjnie (przychodzi jakaś teoria i zmienia wszystko) czy ewolucyjnie (wiedza się kumuluje, nowe teorie dokładają do tego stosiku swoją porcję)? Różnie sobie na to odpowiadali uczeni ludzie, ja jednak wolę skupić się nie na tym klasycznym pytaniu, ale na pozostałościach po owych dawnych teoriach i ich autorach. Czyli na zbiorach paru muzeów nauki.
Na przykład Museum of the History of Science w Oxfordzie. Na wirtualnych wystawach pokazują tu rzeczy różne: eksponaty dotyczące farmacji (opisy właściwości ziół i mikstur oraz ozdobne ceramiczne pojemniki na madykamenty), wystawa techniki fotograficznej (mają tych aparatów rzeczywiście sporo, od modelu „camera obscura” poczynając, no i oczywiście zdjęcia). Fotografie są też w Natural Magic, ale to raczej artystyczne eksperymenty (magia nauki – no faktycznie cuda w tych probówkach się dzieją). Bye-bye blackboard... pokazuje natomiast tablice zapisane kredą podczas zajęć prowadzonych przez znanych uczonych (a ponieważ byli tacy sławni, to ich nie zmazano ale zachowano). Wzory Einsteina, artystyczna bazgranina Cornelii Parker i inne.
I nieco inna: The Garden, the Ark, the Tower, the Temple - wystawa o biblijnych obrazach (Rajski ogród, Arka Noego, Wieża Babel, świątynia Salomona) jako metaforach wiedzy w nowożytnej Europie (16-17 wiek). „As metaphors of knowledge, the four stories gave information about both the acquisition and the ideal state of human understanding. But they also issued warnings about the necessary difference between human and divine knowledge and suggested ways by which knowledge might be married to piety and wisdom in order to achieve an improvement in the condition of mankind.”. Ciekawe: piszą tu że obrazy Raju inspirowały do zakładania ogrodów botanicznych z roślinami ze wszystkich stron świata; Arki - do gromadzenia i klasyfikowania świata natury; Wieża stanowiła ostrzeżenie przed pychą nauki (a jednocześnie stymulowała rozwój lingwistyki i etnografii); Świątynia zaś była przykładem naukowej perfekcji „użytej w dobrej sprawie” (znaczeń jest oczywiscie więcej).
Należące do uniwersytetu w Oklahomie History of Science (za ten link dziękuję Ooops) znalazła się wystawa o życiu i pracach Galileusza - od pierwszych pism (czyli podręcznika o działaniu wojskowego kompasu) do tych najważniejszych, które przypłacił procesem (Dialogo sopra i due massimi sistemi del mondo z 1632 roku). Trafiły tu także strony z innych dzieł: „De Revolutionibus Orbium Coelestium” Kopernika czy Cosmographii Petera Apiana - a obok i ten podręcznikowy obrazek, na którym misjonarz dociera do krańca Ziemi, wychyla głowę poza nią, i widzi maszynerię Wszechświata).
sobota, 03 września 2005
Luizjana, Nowy Orlean

Misternie zdobiony balkon - znak rozpoznawczy Nowego Orleanu (Inetours)

Luizjana – a wraz z nią Nowy Orlean - w przeszłości wiele razy zmieniała przynależność państwową. Należała do Francji, potem do Hiszpanii, za Napoleona znowu wróciła do Francji (według Bonapartego miała być gospodarczym zapleczem dla Hispanioli czyli Haiti, kiedy jednak jego wojska poniosły klęskę na wyspie, Luizjana stała się niepotrzebna). W 1803 roku została więc sprzedana Stanom Zjednoczonym za 60 milionów franków (ok. 15 mln. dolarów). Potem jeszcze mieli na nią ochotę Anglicy, stoczyli nawet bitwę w pobliżu miasta, ale ostatecznie zostali odparci.
Nic dziwnego, że i mieszkańcy stanowili barwną mieszankę: prócz pierwszych na tym terenie Indian osiedlali się tu Francuzi (m.in. arystokraci którym udało się uniknąć gilotyny w czasie Rewolucji), Hiszpanie, Anglicy, Niemcy, Włosi, Irlandczycy, czarni niewolnicy (ci nie z własnej woli) i wiele innych nacji i grup.
Nowy Orlean był w przeszłości stolicą Luizjany (teraz jest nią Baton Rouge). Na historycznych mapach z kolekcji uniwersytetu w Teksasie widać, jak się zmieniał i stopniowo rozrastał, zatracał pierwotny regularny kształt.
Na mapach nie widać za to architektury, a to ona właśnie zdecydowała o specyfice Nowego Orleanu. Szczególnie we French Quarter - Dzielnicy Francuskiej (wbrew nazwie wznoszonej w hiszpańskim stylu, w czasie gdy Luizjana pozostawała we władaniu Hiszpanii). To właśnie tam powstały owe charakterystyczne domy z wewnętrznymi dziedzińcami i kutymi żelaznymi balkonami. Tam stanęła katedra Świętego Ludwika (najstarsza użytkowana nieprzerwanie w USA), i tamtędy przebiegała ulica Bourbon Street, gęsto obrośniętą klubami muzycznymi, barami i innymi lokalami rozrywkowymi.
Ale oprócz niej wyrastały i dzielnice biedy zamieszkałe przez ludność murzyńską. W takiej właśnie dzielnicy zwanej Black o’Town urodził się Louis Armstrong. Nieprzypadkowo okolice jego domu zwano Battlefield – „mieszkało tam mnóstwo awanturników, dla których bójki, a nawet strzelanina była chlebem powszednim” – wyznał w autobiografii „Moje życie w Nowym Orleanie” (zresztą Armstrong też sobie raz postrzelał na wiwat, trafił za to do poprawczaka, i właściwie tam na dobre zainteresował się muzyką i zaczął grać w orkiestrze).
Sporo architektury – tej historycznej i współczesnej – pokazuje Photovalet, składowisko zdjęć. Dominują oczywiście te ładniejsze reprezentacyjne dzielnice wabiące turystów.
Taki był Nowy Orlean. Nie wiem co z tego nadal istnieje, co przetrwało po huraganie Katrina, który ludzi i mury zabija wodą i (ostatnio) ogniem.
Tagi: miasta
19:11, dogin
Link Komentarze (2) »