Internet według Doroty, czyli subiektywny przewodnik po ciekawych stronach WWW
RSS
sobota, 09 czerwca 2012
Potęga wież

 

Wieże San Gimignano (fot. dogin.blox.pl). Na górze stoi rzeźba człowieka

San Gimignano nazywane jest Manhattanem Średniowiecznej Toskanii. Z racji wież. W centrum tego kamiennego miasta faktycznie wyrastają wysokie, grube "kominy". Teraz jest ich 14 (zapraszam na wirtualną wycieczkę do Italy Guides ), w średniowieczu było 72. Najwyższa z nich to licząca 54 metry, ukończona w 1311 roku miejska wieża przy ratuszu, Torre Grossa. Druga pod względem wysokości to 51-metrowa Torre Rognosa. Wyrosła z Palazzo Vecchio del Podestà - dawnej siedziby władz miasta, i wyznaczała limit wysokości. Powyżej nikt, choćby najbogatszy obywatel, budować nie mógł. Tak oto, wizualnie, miasto zaznaczało, kto tu jest najważniejszy.

Bogata rodzina Salvucci wzniosła coś na miarę swoich ambicji i możliwości - dwie masywne wieże - bliźniaki (Torri Gemelle). Wprawdzie z powodu powyższego zakazu musiała je nieco skrócić, ale i tak udało się jej wizualnie wzmocnić przekaz. W końcu co dwie wieże, to nie jedna (i jakby je zsumować, to są najwyższe, prawda?).

Albo inna konstrukcja, kolczasta jakby: La Torre dei Diavolo, Diabelska wieża. Jak głosi legenda, jej właściciel po powrocie z dalekiej podróży odkrył ku swemu zdziwieniu, że wieża urosła - co uznano za diabelską sprawkę.   

La Torre dei Diavolo, fot. dogin.blox.pl

Po co się było tak wspinać? Bo wysokość to potęga i prestiż. I to od wieków się nie zmieniło. W końcu Manhattan i inne nowożytne wysokościowce też mogłyby być niższe, ale najwyraźniej niższe budowanie uraziłoby dumę inwestorów.

No może jednak jest drobna różnica. Średniowieczne wieże były zarazem twierdzami - dawały schronienie w czasie ataku. Te dzisiejsze wieże stały się raczej naturalnymi obiektami ataków, i za bezpieczne schronienie potraktować je nie można. Taka jest cena manii wysokości.

Ciekawostka. Właśnie do symboliki wież San Gimignano odwoływał się twórca chicagowskiej Sears Tower, Bruce Graham. "Tall buildings are man-made. Towers have historically been not only the pride of their temporary owners, but of their cities as well. So the Sears Tower, one more mountain, was created for this city on the plains. (...) The Sears Tower itself is much like the idea behind San Gimignano, but unlike most tall buildings in New York, it is a tower of the people, not the palace of a bank." - cytuje jego wypowiedź greatbuildings.com

sobota, 31 marca 2012
Co nam nad głową lata

Oj, lata tego trochę. A Flightradar24 to wszystko pokazuje na bieżąco - co leci, skąd i dokąd.; co ląduje na lotniskach. Można nawet obserwować, jak się lecący samolot przemieszcza, i jak pokonuje coraz to nowe obszary mapy - kraju i kontynentu.

Pouczające są też porównania z innymi kontynentami. Europa aż kipi od samolocików, Afryka to już lotnicza biała plama. 

Tagi: ciekawe
22:58, dogin
Link Komentarze (7) »
niedziela, 01 stycznia 2012
Wieża pod ciśnieniem

Nojewo - wieża z 1907 roku (fot. Małgorzata Łoś )

„Wieża ciśnień to budowla o charakterze technicznym. W jej górnej części umieszczony jest zbiornik wody. Woda gromadzona w zbiorniku rozprowadzana jest rurami do miejsc docelowych. Zbiornik w wieży umieszczony jest wysoko, aby uzyskać odpowiednie ciśnienie rozprowadzanej wody..." - tłumaczy Małgorzata Łoś w serwisie Wieże ciśnień.
Ale to nie najważniejszy powód, by się nimi interesować. Ciekawa jest architektura tych użytkowych budowli. Mają raz smukłe, raz bardziej przysadziste kształty (przypominające wieże szachowe). Czasem ich techniczna natura jest tak sprytnie zamaskowana, że nie sposób ich odróżnić od zabytkowych budowli, np. kościelnych wież (przykład z Prokocimia przy Pałacu Jerzmanowskich).
Można je też wykorzystać do różnych celów - zamienić na hotel lub restaurację.
Wiele można, o ile się ich wcześniej nie zburzy.

Tagi: ciekawe
00:01, dogin
Link Komentarze (1) »
sobota, 09 lipca 2011
Ślimak, nie właź pod nogi!

Ślimak wstężyk fachowo opisany (Evolution MegaLab)

Wystarczy że popada i już ślimaki zaczynają swoje samobójcze rajdy po jezdniach i chodnikach (bo przyczepność mają lepszą po deszczu, czy jak?). I trzeba patrzeć pod nogi, żeby takiego nie rozdeptać (nie przepadam za odgłosem miażdżonych skorupek), albo i przenosić na drugą stronę.
Wśród nich szczególnie ciekawe wydają mi się te małe, z kolorowymi skorupkami z charakterystycznym wstęgowym ornamentem. Wstężyki. Bardzo fotogeniczne, co widać choćby w zbiorczej galerii Cepaea lub w naukowej AnimalBase.
Wstężyki mogą być żółte, różowe, brązowe; z grubymi lub cienkimi pasami - kolory i desenie zależą od tego, gdzie żyją i jak się w związku z tym lepiej wtopią w otoczenie: czy w lesie wśród liści, czy w wysokich trawach. Generalnie prawidłowość jest taka, że ciemniejsze występują na terenach zadrzewionych, a jaśniejsze na łąkach i podobnych obszarach. Dzięki temu stają się mniej widoczne dla swoich wrogów, czyli ptaków.
Garść ciekawych informacji z serwisu Evolution MegaLab, poświęconemu badaniom nad ewolucją wstężyków: zimą hibernują najczęściej ukryte w ściółce; w maju rozpoczyna się okres rozrodczy, a jaja składają latem. Są obupłciowe. „Mają tysiące maleńkich zębów umieszczonych na języku. Działają one jak pilnik i rozdrabniają pokarm. Ślimaki wstężyki zazwyczaj jedzą tylko martwe i obumierające rośliny”. Ich wrogami są ptaki, a szczególnie drozd śpiewak. I otóż taki drozd nie potrafi zgnieść muszli ani połknąć ślimaka w całości razem z nią. Co więc robi? „Drozdy muszą więc rozbić muszlę na kamieniu albo innej twardej powierzchni, żeby dostać się do miękkiego ciała ślimaka. Takie kamienie nazywamy kuźniami. Są one łatwe do rozpoznania po kawałkach muszli leżących dookoła” - wyjaśnia serwis.
Drozdów ostatnimi czasy mniej, wstężyki mają więcej szans na uniknięcie kuźni.

A skoro już o ślimakach... Prócz tych ze skorupkami są i gatunki nagie, paradujące bez skorupek, pokaźnych rozmiarów - szczególnie jak się wyciągną. W naszej osiedlowej gablotce płowieje już długo list gończy za takimi osobnikami - szkodnikami, które się rozpleniły ponad miarę, szczególnie na nieodległych ogródkach działkowych. Jeden z nich to grasujący w całym kraju pomrowik plamisty, inny zaś, inwazyjny ślinik luzytański - jest przybyszem z Półwyspu Iberyjskiego (do nas przypełzł w latach 90-tych, i robi sobie wyżerkę w tych ogródkach).

Jeden taki podejrzany nagus stał dwa dni temu pod drzwiami mojej klatki. No przesadził. Nie wpuściłam.
poniedziałek, 02 maja 2011
Habemus Papam. Habemus
Mimo szczerych chęci nie potrafię podać wszystkich autorów i źródeł tych rysunków. Pojawiły się sześć lat temu w internecie w okolicznościach wiadomych, i coś ciekawego mówią. Więc zamieszczam, z okazji też wiadomej, choć z natury innej, pogodniejszej.

Ten pierwszy zamieścił w sieci The Christian Science Monitor. Trudno o lepszą ilustrację tamtego czasu:






A to zdjęcie zrobiło karierę w USA, zwłaszcza wśród młodych. Trafiło nawet na koszulki:


sobota, 09 kwietnia 2011
Do czego służy kapsel


„Kapsle butelkowe, podobnie jak puszki po konserwach, butelki, szpulki itp. są doskonałym tworzywem konstrukcyjnym, z którego przy niewielkim nakładzie pracy i dodatkowych materiałów można wykonać wiele pożytecznych drobiazgów. Szczególny kształt kapsli stwarza wiele możliwości praktycznego wykorzystania ich do różnych celów, jak np. do doraźnego topienia niewielkich ilości laku, wosku, cyny lub ołowiu, (rys. 1), do przechowywania farb akwarelowych (rys 2), do formowania ciasteczek (rys. 3), do skrobania ryb (rys 4), ponadto służyć może ona też jako podstawka do stawiania gorących naczyń na stole (rys 5) itp.”
Skąd to? A z Młodego Technika, z działu „Na Warsztacie”, konkretnie z wrześniowego numeru z roku 1956. Inne rady z tego rocznika dotyczą np. wykorzystania szpulek po niciach, wykonania domowym sposobem wrotek i amatorskiej lampy błyskowej.
Takich ciekawych staroci jest tu więcej. Oto na przykład rocznik 1966 z poradami, jak zbudować amatorski zasilacz i namiot turystyczny (skład: płótno harcerskie, drążki z drewna lub bambusa; zamek błyskawiczny); amatorski odbiornik tranzystorowy Skowronek; przetwornik i gitarę elektryczną („Na popularność gitar elektrycznych wywarły duży wpływ słynne zespoły młodzieżowe Beatlesów, Animalsów, Tajfunów, Czerwono-Czarnych i in., jak również i to, że gitary „nieme” są jedynym instrumentem muzycznym, który można wykonać w amatorski sposób”).
Obrotowa podstawka do TV to już propozycja z rocznika 1965; rakieta, silnik rowerowy i półka na kaktusy z rocznika 1963, i tak dalej...
Ile inwencji, determinacji i zarazem jaki ciekawy obraz epoki „zrób to sam” (bo w sklepie nie kupisz)...
Tagi: ciekawe
21:32, dogin
Link Dodaj komentarz »
sobota, 19 lutego 2011
Zachodnie Wybrzeże klatka po klatce

Fot. Kenneth Adelman

Ponad 66,800 fotografii mieści się obecnie w bazie California Coastal Record Project. Bo i obfotografowany obszar jest niemały: to linia zachodniego wybrzeża USA, ciągnąca się od granicy meksykańskiej na południu do granicy stanu Oregon na północy. Ambitny plan sportretowania obszaru na styku lądu z Pacyfikiem realizuje od lat fotograf Kenneth Adelman. Zdjęcia robi z helikoptera pilotowanego przez małżonkę, Gabrielle.
Po co? Aby udokumentować zmiany, destrukcję naturalnego krajobrazu, stopniowo zawłaszczanego i coraz bardziej oszpecanego przez ludzi. Projekt zrodził się w Kalifornii, w ramach akcji przeciwko budowie wielkiego ośrodka golfowego. Akcja się powiodła, a Adelman wpadł na pomysł, aby na udokumentowaniu tylko jednego kawałka wybrzeża nie poprzestać. I tak się zaczęło.
Dobrać się można do tego zbioru różnymi sposobami, np. wskazując miejsce na mapce linii wybrzeża, podając współrzędne geograficzne, albo też idąc „w prawo” lub „w lewo” od danego widoczku. Niektóre fragmenty mogą się wydać monotonne (ocean - piasek; ocean - piasek itd...), ale wartość dokumentacyjną to ma. Zwłaszcza, że w bazie znalazło się też parę tysięcy zdjęć z 1979 roku i z lat 80-tych; można więc w niektórych miejscach robić „analizę porównawczą”.
Przy okazji: autorzy projektu mieli sprawę sądową. Wytoczyła ją Barbra Streisand, która uznała, że lotnicze zdjęcie przedstawiające jej posiadłość na skalistym brzegu narusza jej prawo do prywatności i zagraża bezpieczeństwu. Aktorka sprawę przegrała - czek ze stosowną kwotą widnieje na stronie.
sobota, 11 grudnia 2010
Stare reklamy świąteczne

Opanowanie maszyny do pisania może potomstwu „dać podstawę do uniezależnienia bytu” (reklama z pisma „Bluszcz”, 1930)

Kiedy na świecie kryzys się panoszy,/ Jedna jest prawda wśród teoryj wielu: / Możesz spokojnie żyć, Obywatelu - / Skoro P.K.O. strzeże Twoich groszy!

Nie, to nie ja wymyśliłam i nie biorę odpowiedzialności za treść. To świąteczne życzenia z „Kuriera Warszawskiego”, z roku 1935 r., z numeru 353. Wiele podobnych zamieściło w intenecie Archiwum Państwowe m.st. Warszawy, w zbiorku Przedwojenne reklamy świąteczne.
Reklamy pochodzą z „Tygodnika Ilustrowanego”, „Kuriera Warszawskiego”, „Światowida” i pisma dla kobiet pt. „Bluszcz”. Towarzyszą im komentarze pochodzące z przedwojennych podręczników reklamy. Są to mądrości w rodzaju: „Cienka pończoszka na smukłej nodze kobiecej; dziarska postać sportowca w kompletnym ekwipunku narciarskim; uśmiechnięta twarzyczka obok klejnotów – oto co stwarza życie w ogłoszeniu, pobudza uczucia czytelnika.”
A oto przykładowe artykuły, proponowane jako idealne prezenty pod choinkę. Buty dziecięce firmy Bata („Nie pozwólcie chodzić dzieciom boso w domu. Kupcie im ciepłe bamboszki”); woda kolońska 4711 („gdy zabiegliwe dłonie odpoczywają podczas świąt, niechaj nie będzie zapomniana „4711”); lornetki teatralne i polowe; radio („genjalny wynalazek Marconiego”); odbiornik Philipsa („gdyż ojciec wiedział, że tylko Philips jest najmilszym prezentem gwiazdkowym”); „pathefon z tubą lub bez”; kinematograf domowy; modny „poolover” za 24.80 zł (poolover jeszcze się nie zdążył spolszczyć); mały remington („najpopularniejsza na świecie przenośna maszyna do pisania”); „wszechświatowej sławy szwedzki odkurzacz” Electrolux; „bonbonierki” huculskie i „heilechristy” (co to jest???); krawat od Chojnackiego; imbryk elektryczny; książki („w każdym domu polskim, który dba o kulturę, muszą być encyklopedyczne i słownikowe Wydawnictwa Trzaski, Everta i Michalskiego”); Kasetki Gwiazdkowe Elida (skryte życzenie każdej kobiety); Kanold’a cukierki („wystrzegać się naśladownictw”); polska żarówka Helios (jej jasne i miłe światło podnosi nastrój świąteczny); los „loterji Państwowej”; „higjeniczne zwijki” dla palaczy; śniegowce dla wytwornej pani; srebro i platery; „zapas znakomitego Okocimia”; aparat do masażu (na reklamie wygląda jak wałek do ciasta); maszynka spirytusowa i inne.
Już tu kiedyś pisałam, że reklama jest jak wino – im starsza, tym lepsza. To znaczy strawniejsza, bo już nie liczy się to co zachwalała, ale sam przekaz w stylu epoki. Daje też okazję do ciekawych obserwacji: a to językowych (te poolovery dopiero co wessane przez polszczyznę i jeszcze nie przerobione na „pulowery”; te „dłonie zabiegliwe”, które już odchodziły w niebyt); a to konsumpcyjno- marketingowych (co nam teraz wciska reklama pod choinkę? To samo właściwie. Tylko modele tych patefonów i radyj nowsze).
I na koniec przestroga:


Tagi: ciekawe
17:55, dogin
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 30 listopada 2010
Na pole czy na dwór? O regionalizmach

Borówki i jagody (fot. Michał Łepecki / Agencja Gazeta)

To było lata temu w Katowicach. W sklepie spożywczym poprosiłam o wekę (to u nas w Krakowie, a pewnie i szerzej w Małopolsce - taka pszenna, chlebowata buła). - Nie ma - mówi pani. - Ale przecież jest, o tutaj - pokazuję na półkę. - To jest baton - tłumaczy pani i podaje wekę. Oto co znaczy potęga regionalizmów.
Naukowo regionalizmy objaśnia ciekawy mutimedialny przewodnik Gwary polskie. Podaje też przykłady najbardziej wyrazistych regionalizmów: krakowskich, poznańskich i warszawskich. Jest klasyka: nasze borówki (zwane gdzie indziej jagodami), na polu (w wersji warszawskiej na dworze), bławatki, ziemniaki, grysik, „chodźże” (analogicznie: „weźże”) i stado innych słówek. Nie pomijają także charakterystycznej dla danego regionu wymowy (potwierdziło się to, co mi uświadomił warszawski kolega, po powrocie z Krakowa. - U was nawet na dworcu słychać z głośników: peron „czeci” zamiast „trzeci” - uświadamiał mi. No słychać „czeci”, bo to „trz-” nam jakoś nie wychodzi).
O tym samym z krakowskiej perspektywy można poczytać w tekście Nie takie rajtki straszne, czyli jak mówią krakowianie. Polecam szczególnie niezwykle ciekawą dyskusję na forum pod tym tekstem (na wypadek, gdyby ktoś nie zetknął się nigdy np. z klarnetem bosym).
I dobrze. Niech będzie różnorodnie.
niedziela, 12 września 2010
Motyle odlatują do Meksyku

Monarch - Fot. Glenn Firebaugh

Ponad 3 tysiące kilometrów - tyle muszą pokonać motyle, które właśnie wyruszają z Kanady do Meksyku. Takie ambitne migracyjne zwyczaje ma pomarańczowo-czarny monarch, Danaus plexippus (tu nieco jego portretów z Animal Diversity Web).
Te zaradne motyle w ciekawy sposób potrafią chronić się przed pożarciem. Samica składa jaja na liściach roślin z rodziny trojeściowatych - pasiaste larwy motyla (oto one w całej okazałości), konsumując owe liście, wchłaniają do organizmu znajdujące się w nich trujące substancje, i tym samym też stają się trujące (czyli niejadalne).
Dawniej celem ich jesiennych wędrówek była Kalifornia, ale odkąd ludzie przetrzebili ich naturalne siedliska, głównym ośrodkiem migracyjnym stał się Meksyk. U celu podróży miliony motyli obsiadają gęsto drzewa w lasach, do tego stopnia, że te z zielonych robią się pomarańczowo-rude. W niektórych takich miejscach tworzone są rezerwaty - np. w meksykańskim stanie Michoacan (oto zdjęcia takich drzew, z Butterflies of America).
I jeszcze jedna ciekawa rzecz. Motyle lecące na zimowiska nigdy tam wcześniej nie były. Mimo to odnajdują te same miejsca, na których zimowali ich rodzice. Tak już zostały „zaprogramowane” na dalekosiężne loty.
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 41