Internet według Doroty, czyli subiektywny przewodnik po ciekawych stronach WWW
RSS
sobota, 31 lipca 2010
Bolszewicy w natarciu

Ochotnicy ze Lwowa, tzw. II szwadron śmierci (Narodowe Archiwum Cyfrowe)

Muzeum Historii Polski z okazji 90. rocznicy wojny polsko-radzieckiej z 1920 roku publikuje Ilustrowany Kuryer Wojenny. To strona z przedrukami tekstów, które ukazywały się na łamach paru gazet wychodzących od 24 lipca (czyli od dnia powołania Rządu Obrony Narodowej) do 12 października 1920 roku (podpisanie zawieszenia broni). Artykuły pochodzą z krakowskiego „Czasu”, z „Gazety Warszawskiej", „Ilustrowanego Kuryera Codziennego”, „Robotnika”, „Piasta”.
31 lipca 1920 roku „Czas” relacjonuje: „Na Stochodzie i Styrze lokalne walki. Przebieg akcyi w rejonie Brodów-Radziwiłłowa w toku. Operacye lotników z powodu warunków atmosferycznych tamże utrudnione. Na Serecie sytuacya ogólna bez zmiany. Nieprzyjaciel, który przedostał się w kilku miejscach przez rzekę, został kontakcyą naszych oddziałów odrzucony.”
„Gazeta Warszawska” z 31 lipca. „BERLIN, 30.7 (Pat). Radjo Z Kopenhagi donosi „Telegraphen Union”, że były bolszewik nazwiskiem Machno, zorganizował w Rosji armję, składającą się z 200 tysięcy ludzi, walczących przeciw wojskom sowietów. Armja ta maszeruje w kierunku północnym i zajęła już cały szereg miast. Faktycznym dowódcą armji Machny jest kobieta, nazwiskiem Marja Nikiforówna. Machno ma zamiar połączyć się z generałem Wranglem, celem wspólnej operacji w kierunku północnym.”
„Ilustrowany Kuryer Codzienny” z 30 lipca donosi, że „Spisz i Orawa w rozpaczy”, a to za sprawą decyzji „komisyi alianckiej” o przebiegu granicy z Czechami.
„Robotnik” z 28 lipca 1920 poświęca natomiast tekst cenzurze wojskowej. „Obiegają słuchy, iż dla prasy ma być wprowadzona prewencyjna cenzura wojskowa. Cenzura taka w wysokim stopniu krępowałaby prasę, a nie przyniosłaby żadnej korzyści tym, którzy po cenzurze wiele dobrego się spodziewają. Jeśli bowiem idzie o wiadomości z frontu, o ruchu wojsk i tp. to prasa dostatecznie jest czujna i dość posiada instrukcji pod tym względem, aby nie popełniać niedyskrecji. Jeżeli zaś wszelkie wiadomości, dotyczące wojskowości i tego, co do wojskowości jest zbliżone, mają być wzbronione, to wówczas niewiadomo, gdzie zacierają się granice dozwolonego. Czy np. wzmianka o harcach samochodów wojskowych jest przekroczeniem granicy, obowiązującej prasę?”

Nie jest tych tekstów jeszcze dużo, ale może się to sensownie rozrośnie.

Po archiwalne zdjęcia z tego okresu można dodatkowo zanurkować do zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego. Stamtąd pochodzi to zdjęcie powyżej, przedstawiające oddział ochotników ze Lwowa, tzw. II szwadron śmierci (co wypisali na proporcu).
Tagi: historia
22:45, dogin
Link Komentarze (1) »
sobota, 24 lipca 2010
Chińskie repliki miast

Fot. Sean Hanratty / CNNGO. Ślubna sesja zdjęciowa w Thames Town

Czy można skopiować miasto? Teoretycznie tak. Można postawić w zupełnie nowym terenie domy, które wyglądają identycznie jak pierwowzory. Z zewnątrz przynajmniej. Skopiować układ ulic i charakterystyczne wyróżniki miejskiej przestrzeni - budki telefoniczne o określonym kształcie, lampy, ławeczki, pomniki itp.
Dziesięć lat temu władze Szanghaju ogłosiły taki właśnie projekt: One City, Nine Towns. Pomysł polegał na tym, aby na przedmieściach metropolii zbudować dziewięć miasteczek w różnych stylach: miało się tam więc znaleźć miasteczko „typowo” angielskie (Thames Town), hiszpańskie, włoskie, szwedzkie, niemieckie (Anting New Town - zaprojektowane przez Alberta Speera - syna głównego architekta III Rzeszy), holenderskie, kanadyjskie i dwa z tradycyjną chińską architekturą (tu trochę zdjęć tych miasteczek z BusinessWeeka).
O „brytyjskości” (Thames Town miała świadczyć nie tylko architektura, ale np. charakterystyczne czerwone budki telefoniczne, nazwy ulic (Oxford, Queen), pomniki (Winston Churchill, księżna Diana, Harry Potter), bary z typowym jedzeniem (np. ryba z frytkami).
Projekt zakończył się fiaskiem. Z różnych powodów (zła jakość wykonania, brak dobrych połączeń z metropolią, skandale korupcyjne) został on przerwany.
Chińczycy nie kwapią się do mieszkania w „typowo angielskich” domach. Jeśli przyjeżdżają, to w celach turystycznych lub na ślubne sesje zdjęciowe - młode chińskie pary chętnie fotografują się w takich egzotycznych pejzażach, na tle „brytyjskiej” ulicy lub kamiennego kościoła. To prawie jak w podróży poślubnej do Europy.
Prawie. A „prawie” to wiadomo...
poniedziałek, 07 czerwca 2010
Infiorata - dywany z kwiatów

Kwietny dywan na procesję Bożego Ciała w Potenzoni

Z obchodzonym od 1246 roku świętem Bożego Ciała wiążą się różne zwyczaje. Włoska tradycja to m.in. infiorata - zwyczaj układania na trasie procesji kunsztownych kompozycji z kwiatów i ziół. Mieszkańcy nanoszą na ulicę przygotowane wcześniej wzory, potem wypełniają je płatkami o odpowiednim kolorze. Dominują motywy religijne: wyobrażenia Matki Bożej i świętych, hostie, baranki, anioły, także mające chrześcijańskie odniesienia roślinne ozdobniki (np. winne grono) oraz kwiaty.
Te jednodniowe uliczne dekoracje uświetniające Corpus Domini są obecnie nieźle dokumentowane w internecie. Parę przykładów:
Miasto Potenzoni w Kalabrii zamieszcza galerie zdjęć kwietnych dywanów od 2004 roku, na zdjęciach pokazuje też sam proces powstawania obrazów (kryją się one w katalogu „Tutti all lavoro”).
I dalej: galerie z Valentano w regionie Lacjum oraz z położonej w tej samej części Włoch Bolseny (pełna galeria jest tutaj); z San Pier Niceto na Sycylii; z Pedalino (także Sycylia); ze Spello w Umbrii.
Takie kwietne dywany mogą być układane również w środku kościołów, na posadzce. Tak jest np. w 12-wiecznym opactwie cystersów Chiaravalle della Colomba lub w także cysterskim opactwie w Casamari. Kompozycje z religijnymi motywami ścielą się w nawach, między rzędami kolumn.
Choć w Polsce w Boże Ciało dominuje zwyczaj sypania kwiatów podczas procesji, to i tu można znaleźć miejsca, w których kultywuje się rodzimą wersję „infioraty”. Słynie z tego Spycimierz - tradycja tworzenia barwnych kompozycji liczy sobie tu już ponad 200 lat, i ponoć przywędrowała tu wraz z wojskami Napoleona. „Całą trasę procesji, długości niemal 2 km, pokrywa kwiatowy dywan szerokości 2 m, grubości niemal 5 cm, natomiast pobocza zdobią drzewka brzozowe, rzadziej olchowe. Każdy gospodarz układa kobierzec kwiatowy, niekiedy długości ponad 10 m, starając się, by jego dekoracja była niepowtarzalna” - opisują w serwisie o kulturze ludowej Wielkopolski).
Podobnie jest także w wielkopolskim Skęczniewie- procesja przechodzi tu po prawie 500-metrowym dywanie z kwiatów, liści, mchów.
poniedziałek, 31 maja 2010
Rycerze z Malty

Fort Św. Anioła w Birgu na Malcie - dawna siedziba Wielkich Mistrzów

Suwerenny Rycerski Zakon Szpitalników Św. Jana, z Jerozolimy, z Rodos i z Malty” - już po tej nazwie widać, że Joannici (to też ich miano) w ciągu dziewięciu stuleci istnienia osiadali w różnych miejscach. W Jerozolimie zakon powstał (w czasie Krucjat, ok. roku 1048 - by prowadzić tam szpital dla pielgrzymów); potem osiadł na Cyprze. Stąd w 1310 roku przeprowadził się na wyspę Rodos, by wreszcie w 1530 roku objąć w posiadanie Maltę. Ale i to nie na zawsze - do opuszczenia wyspy zmusił ich Napoleon (walczyć z jego armią nie mogli - zakonny przepis zabraniał im podnosić miecz na chrześcijan). Ostatecznie siedzibę znaleźli w Rzymie. Symbolem zakonu jest charakterystyczny krzyż z rozwidlonymi ramionami, zwany od ich długoletniej siedziby - maltańskim.
Jak na wyspiarzy przystało, Joannici zbudowali własną flotę (i to potężną - mieli np. udział w pobiciu Turków w bitwie morskiej pod Lepanto w 1571 roku). Z Turkami mieli okazję zetrzeć się też wcześniej - podczas trwającego trzy miesiące oblężenia wyspy (zakończonego dla joannitów zwycięsko, odparciem muzułmańskich najeźdźców). By wzmocnić siłę obronną Malty, zakon wznosił fortyfikacje - w 1566 roku Wielki Mistrz zakonu Jean Parisot de la Valette rozpoczął budowę miasta, które do dziś na jego cześć nazywa się Valletta i jest obecnie stolicą Malty. Militarne początki znalazły odbicie w architekturze miasta: np. schody prowadzące w jego wyższe rejony mają niskie i długie stopnie - po to, by mogli nimi wjeżdżać konno lub wchodzić rycerze.
Jedną z najważniejszych budowli jest barokowa katedra św. Jana. W jej kaplicach i kryptach spoczywają wielcy mistrzowie i rycerze-zakonnicy (nagrobki szczegółowo można postudiować na tym „klikalnym” planie - nagrobek założyciela miasta kryje się w krypcie, pod numerem 359).
Ozdobą katedry są m.in. obrazy Caravaggia, przedstawiające Ścięcie Jana Chrzciciela oraz Św. Hieronima. Caravaggio był przez chwilę nadwornym malarzem zakonu, ale długo na Malcie nie pobył: po zranieniu wysokiego rangą rycerza trafił do więzienia, po czym zwiał na Sycylię.
Dla uzupełnienia informacji o zakonie i wyspie: Malta Panoramas - czyli kolekcja panoramicznych widoków z różnych miejsc Malty. A ponadto: polska strona Zakonu Maltanskiego (na której można poznać m.in. obecnego Wielkiego Mistrza, którym jest Anglik, Matthew Festing).
Ciekawostka: w Rzymie można spotkać służbowe zakonne tablice rejestracyjne ze skrótem S.M.O.M; joannici wydają także własne paszporty i znaczki pocztowe. Ponadto zakon „jest suwerennym podmiotem prawa międzynarodowego. (...) posiada własny rząd, niezależne sądownictwo, dwustronne stosunki dyplomatyczne z 103 państwami i zasiada jako Stały Obserwator we wielu międzynarodowych organizacjach, jak np. ONZ”: o czym więcej tutaj).


wtorek, 18 maja 2010
Co masz na tablicy


Cyfrowe, dziewiątki, jubileuszowe, kosmiczne, modelowe, złote, zabytkowe, samoróbki i wiele innych typów gromadzi serwis Polskie Tablice Rejestracyjne. Tabliczki jubileuszowe to przykładowo takie, które zawierają wiele zer; złote to te rzadko spotykane (np. 44444); palindromy dają się czytać w jedną i drugą stronę, brzmiąc tak samo (np. 00400).
I trochę historii. „...w latach 1918-1922 wszystkie pojazdy (tj. cywilne i wojskowe) były rejestrowane przez centralne władze wojskowe i tablica miała postać czarnego numeru na białym tle. W 1922 wprowadzono pierwsze tablice rejestracyjne dla pojazdów cywilnych”. Litera W znaczyła Miasto Warszawa; WR - woj. warszawskie. KR - krakowskie; LW - lwowskie; WN - wileńskie itd.
Taka ciekawostka: tablice rowerowe. Jednolite dla całej Polski wprowadzono we wrześniu 1936; wcześniej ustalały to władze powiatowe lub gminne (stąd różnorodność: tablice owalne, kwadratowe i in.). Osobne były dla rowerów wojskowych.
Inna ciekawostka: tablice w filmie. Kolejno według tytułów (przykładowo Zmiennicy Barei, gdzie aut jest po dostatkiem).

O rejestracjach traktuje też inna strona, z rejestracyjnymi wyróżnikami powiatów. Tu można sobie szybko wyszukać zestawy liter, kolejno według województw i miast.
Niektóre literki układają się w znane z innych kontekstów skróty. PKO to miasto Konin; PKS - Kościan; PO - Poznań (za to PSL ma Słupca); ERA - Radomsko; SB - Bielsko-Biała; TSA Sandomierz; NOS Ostróda; TOP Opatów; SZA Zawiercie; OK Kędzierzyn Koźle; ONA Namysłów a ONY Nysa.
środa, 12 maja 2010
Miasto z butów

Miasto Zlin - osiedle mieszkaniowe

Lista przedsięwzięć i branż, w których postanowił się wykazać Tomas Bata, jest wyjątkowo długa. Jest na niej m.in. energetyka i rolnictwo, budownictwo i transport morski, produkcja filmowa i przemysł lotniczy. Ale to wszystko były dodatki do najważniejszej dziedziny jego działalności: produkcji butów, będącej domeną założonej w 1894 roku firmy Bata.
Osobliwym pomnikiem Baty-założyciela jest czeski Zlin. To tam powstała pierwsza fabryka i tam Bata zrealizował swój urbanistyczny i architektoniczny projekt, zmieniając to małe miasteczko (3 tys. mieszkańców w1894 r) w całkiem spore miasto, liczące 43 tys. w roku 1938.
W tym „modelowym mieście modernizmu” powstały nowe osiedla dla pracowników fabryki, szkoły i przedszkola, centra handlowe, szpital, kino, klub sportowy, muzeum obuwia, zoo... Całe miasto podporządkowało się fabryce obuwia, nawet historyczne centrum zyskało nową twarz.
Taki sam model Bata „eksportował” do krajów, w których zakładał swoje fabryki: m.in. do Niemiec, Indii, Szwajcarii, Jugosławii. I Polski: naszym „klonem” Zlina miał być Chełmek. W 1931 roku na ziemiach wykupionych od księcia Adama Zygmunta Sapiehy Bata zaczął tu budować osiedle i fabrykę obuwia (po wojnie upaństwowioną). Kto ciekaw - może poczytać o tej światowej ekspansji obuwniczo-architektonicznej w tekście Baťa: export of architecture from Zlín to India.
Sam twórca tego obuwniczego imperium zginął w katastrofie lotniczej w 1932 roku, gdy wybierał się „w interesach” do Szwajcarii. Jego samolot rozbił się w gęstej mgle.



Zlin
piątek, 26 lutego 2010
Tajemnicze rysunki z Nazca

Małpa z płaskowyżu Nazca

Stojąc tuż przy nich na ziemi, nie sposób ich objąć wzrokiem. Można po nich chodzić nie mając pojęcia, że te wyżłobione linie są częścią gigantycznego rysunku, jaki z niewiadomych powodów dawni mieszkańcy pozostawiły na płaskowyżu Nazca w Peru.
Rysunki (a właściwie geoglify) powstały metodą zadziwiająco prostą: wytyczono linie, usuwając ciemne kamienie i odsłaniając jasne podłoże. Tak "narysowano" cały tabun figur, wśród których znalazła się m.in.: małpa, kondor, pelikan, koliber, pies, papuga, jaszczurka, pająk (z 40-metrowymi odnóżami), lamy, rekin, drzewo, spirala i inne - które można sobie bardziej szczegółowo postudiować w Nazca Symbols (oraz w innych działach serwisu Nazca Mystery)
Jakie było ich przeznaczenie? Czy były szkicownikiem dla artystów z kultury Nazca (datowanej na czas m. 300 pne a 800 ne)., specjalizujących się w w dużych, bardzo dużych formach? Czy raczej - jak udowadnia część badaczy - miały związek z religią lub z obserwacjami astronomicznymi?
Linie to zresztą niejedyny powód do zadumy nad umiejętnościami ludów z płaskowyżu Nazca. Równie imponujące są ich osiągnięcia np. w dziedzinie inżynierii wodnej: w rejonie Cantayo zbudowali  przemyślny, podziemny system kanałów, dzięki któremu zaopatrywali pobliskie osady w wodę.

Ciekawe, co by dziś konstruowali ludzie z kultury Nazca, gdyby do naszych czasów dotrwali?
sobota, 13 lutego 2010
Wojenna fotohistoria


Wojna pierwsza i druga, PRL i ZSRR, architektura i ludzie - wymieniam tylko skromny kawałek tego, co zgromadził serwis Fotohistoria.pl. Generalnie - są to zdjęcia z XX wieku, obrazujące różne wydarzenia historyczne, ale i tzw. szarą codzienność. Pochodzące ze zbiorów instytucji ale i z prywatnych kolekcji.
Wśród nich: albumy ze zbiorów Instytutu Polskiego i Muzeum im. gen. Sikorskiego.
Polacy w Iranie (obóz wojskowy, ale i cmentarze wśród piachów, z gąszczem krzyży); Szlak bojowy Armii Andersa (z żołnierzami wychylającymi się z wozów bojowych nazwanych swojsko: Krakowiak czy Kujawiak); lotnicy w Anglii szkolący się na pogromców messerschmitów.
Wśród zdjęć - taki oto humorystyczny obrazek z 1943 r, z Teheranu (zdjęcie powyżej): gen. Władysław Anders odbiera raport od kierowniczki Pomocniczej Służby Kobiet, Rojanowej - wszyscy stoją na baczność, a pod ich nogami bezwstydnie przeciąga się jedyny cywil w tym gronie - duży biały pies.
Są i wcześniejsze fotografie, w albumie Formowanie oddziałów Armii Andersa. A na nich: ludzie w kufajkach, z przemrożonymi twarzmi, przy namiotach i barakach stojących w śniegach. I wychudzone dzieci. Tu widać, skąd się ta armia wzięła: z zesłańców, którzy na Syberii rąbali lasy i fedrowali w kopalniach, dopóki radziecka władza łaskawie nie wypuściła ich z łagrów i więzień. Samego wodza armii - generała Andersa - wypuściła z więzienia na Łubiance, gdzie przesiedział wiele miesięcy, przesłuchiwany i namawiany na współpracę z radziecką władzą.
By na samych zdjęciach nie poprzestać: serwis o deportacjach do ZSRR. Czyli wyjaśnienie, skąd się ci Polacy na Syberii wzięli, ilu ich wywieziono, w jakich warunkach mieszkali i jak ginęli.

W moim podręczniku do historii w podstawówce nie było o nich ani słowa. O samej armii było może parę słów - że powstała i sobie poszła w świat, zamiast u boku sojusznika na Berlin iść.
Pamięć też można eksterminować.
sobota, 30 stycznia 2010
Serki i czekoladki dla kolekcjonera


Opakowanie po czekoladzie - Chiny

Kolekcji jest mnóstwo, bo właściwie wszystko nadaje się do zbierania. Pudełka po zapałkach, kapsle, pocztówki, etykiety z piwa, guziki i tysiące innych rzeczy.
Oto na przykład kolekcja etykiet z serków topionych, gromadzonych wytrwale przez Kubę Terakowskiego. Zaczyna się od poezji zaangażowanej Ludwika J. Kerna, czyli wiersza pt. „Do pana ministra przemysłu spożywczego” - w sprawie „sreberka, co wokół każdego jest serka”, które się rwie i klei i nie daje odwinąć na raz (nb. w innym dziale kolekcji podana jest praktyczna rada: „Aby czysto i estetycznie zdjąć folię z sera topionego, wystarczy tuż przed rozpakowaniem polać go zimną wodą”. Dobrze wiedzieć).
Etykiet jest tu obecnie około 2340. Najstarsza - z roku 1953 (tylżycki topiony). Osobno - z dodatkami (nawet z krewetką i z laktozą) oraz bez dodatków. Edamski, cheddar, swojski, wykwintny i tabun innych, na których merdają ogonami krowy, machają skrzydłami wiatraki, bieli się mleko w skopkach, wdzięczy się pasiasta łowiczanka i gra na skrzypcach flisak (znaczy ser się nazywa flisak, więc wnioskuję że ta postać na opakowaniu to też on).
Polecam tutejszy dział ciekawostki. Etykietkami zilustrowana jest tam np. inflacyjna galopada (rozpaczliwe próby nadążenia z wpisywaniem nowych cen na starych etykietach), ekspansja światowa (serki z misją wojskową w Iraku); są też „białe kruki” (nalepki z błędami drukarskimi).
Dla odmiany coś na słodko: The Chocolate Wrappers Muzeum, opakowania po czekoladach z całego niemal świata.
Rzut oka na rosyjskie papierki: rosyjskie papierki z różnych lat (tu i soldat z wielkim granatem u pasa maszeruje, i wołga czarna, i „Died Moroz” w rakiecie). Motywy zresztą są rozmaite: a to papugi z Madagaskaru; a to plemienne wzory z Ghany, a to róże z Izraela.
Ciekawe, czy zabłąkał się tu gdzieś sławetny "wyrob czekoladopodobny"? Ja przynajmniej nie znalazłam.
Tagi: hobby
14:05, dogin
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 14 grudnia 2009
Kościoły w skale wykute

Kościół św. Jerzego (Bet Giorgis). (fot. Franck Zecchin)

Zazwyczaj powstawały tak: kamień na kamieniu, cegła na cegle. Ale były wyjątki. Bo zamiast mozolnie wznosić ściany, wykuwano budowle w skale - wgryzając się w nią (czasem wykorzystując naturalne wydrążenie - np. jaskinię), albo obciosując jednolitą bryłę tak, by wyłoniła się z niej cała budowla.
Tak właśnie powstawały niezwykłe XII-wieczne kościoły w etiopskiej Lalibeli (zawdzięczającej swą nazwę władcy o tym imieniu). Jest ich dwanaście, legenda głosi, że przy ich wznoszeniu pomagali aniołowie. Jedna z tych świątyń to widniejący powyżej kościół św. Jerzego, monolit wyciosany w skale, o podstawie na głębokości piętnastu metrów, na planie krzyża.
Rzeczywiście, są niezwykłe. Warto pooglądać galerię w serwisie Sacred Destinations. Na zdjęciach: czerwonawe ściany skalnych kościołów, malowidła, płaskorzeźby, greckie krzyże. I - równie niezwykłe twarze kapłanów, jakby z innej niż nasza epoki.
I inna podobna galeria: podróżnika Galena R. Frysingera, który przemierzył Etiopię i w Lalibeli sfotografował m.in. właśnie skalne świątynie. 
Blisko jest Boże Narodzenie, więc jeszcze nagranie z YouTube: etiopska pieśń o narodzinach Zbawiciela.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 41